Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Doktor habilitowany ekonomii Kirył Rudy jest od czerwca ub.r. doradcą ekonomicznym prezydenta Aleksandra Łukaszenki. W białoruskim systemie władzy jest to stanowisko ważniejsze od ministra gospodarki.

W programowym artykule "Białoruś 2030: przyspieszony rozwój", który ukazał się na początku lutego w reżimowym dzienniku "Sowietskaja Biełorussija", Rudy podważył dotychczasowy dogmat polegający na wspieraniu przemysłu i rolnictwa państwowymi dotacjami.

"Tradycyjne sfery jak przemysł i rolnictwo nadal konkurują w świecie, ale dają coraz mniejszy zwrot z inwestycji" - napisał. I zaproponował, aby postawić na usługi, handel, transport, budownictwo i technologie cyfrowe. Aby zaś zwiększyć konkurencyjność białoruskich pracowników, priorytetem państwa musi się stać edukacja, w tym wysyłanie wybranych kandydatów na staże na najlepszych uczelniach świata.

Rudy rozwinął tę myśl w telewizji Białoruś 1: - Jeżeli z uniwersytetu światowej klasy, np. Cambridge, wróci nasz absolwent i mianują go, powiedzmy, kierownikiem działu w zarządzie miasta Mińska, zmusi on innych, by inaczej patrzyli na Białoruś i na świat.

Rudy proponuje też, żeby ściągnąć do kraju białoruskich emigrantów, którzy zrobili za granicą karierę, i powierzyć im kierowanie organami państwa. Dla białoruskiej elity władzy musi to brzmieć heretycko, bo traktuje ona podejrzliwie zagraniczną edukację, a tym bardziej kariery.

Cudowne dziecko

Kirył Rudy wyróżnia się na tle białoruskich urzędników. Jego poprzednikami na stanowisku doradcy prezydenta ds. gospodarki byli 60-letni Siarhiej Tkaczou czy 71-letni Piotr Prakapowicz. Nie chodzi tylko o wiek. Większość członków elity rządowej robiła kariery jeszcze w ZSRR, część pochodzi ze służb specjalnych. Są to ludzie przekonani do gospodarki planowej. Rudy studiował na Państwowym Uniwersytecie Ekonomicznym, gdzie po dyplomie pracował jako wykładowca i w wieku 23 lat obronił doktorat.

- To był bardzo ambitny i energiczny student - mówi "Wyborczej" jego profesor Stanisłau Bahdankiewicz, były szef banku centralnego Białorusi.

W 2004 r., mając 26 lat, Rudy dostał amerykańskie stypendium Fulbrighta. Wyjeżdżając, zapowiedział, że wróci do kraju. - Tutaj nie muszę zaczynać od zera - mówił.

Prowadził badania naukowe na Indiana University w Bloomington. Temat: "Kryzys finansowy w transformujących się gospodarkach". Po powrocie w 2011 r. zrobił habilitację.

Karierę urzędnika rozpoczął w MSZ. Był radcą ds. gospodarczych ambasady w Chinach, a potem wicedyrektorem białorusko-chińskiej spółki joint venture Bel Huawei Technologies, która sprowadza na Białoruś urządzenia telekomunikacyjne. Właśnie w biznesie wypatrzył go prezydent.

- Myślicie, że nie mam ludzi, którzy zanalizują sytuację, skontrolują, a potem mi opowiedzą? - krzyczał Łukaszenka na szefów najważniejszych państwowych zakładów w trakcie jednej z narad. - Wystarczy, że Rudego do was skieruję, a on mi opowie.

Gospodarka dołuje

- Mianowanie kogoś takiego jak Rudy na doradcę jest przede wszystkim oznaką kryzysu białoruskiego modelu gospodarki i świadczy o tym, że Łukaszenka szuka nowych rozwiązań - mówi nam Andrej Dzmitryjeu, jeden z liderów opozycyjnego ruchu Mów Prawdę!.

Dziś nawet szef rządu Michaił Miasnikowicz nie ukrywa marnej sytuacji białoruskiej gospodarki. - Jest tak samo trudno jak w 2011 r. Wskaźniki we wszystkich gałęziach są złe - powiedział ostatnio premier.

W 2011 r. nastąpiło gwałtowne załamanie gospodarcze i tylko sprzedaż Rosji przedsiębiorstwa Biełtransgaz, które obsługuje gazociągi przechodzące przez teren Białorusi, pozwoliła ustabilizować gospodarkę. Teraz sytuacja się powtarza. W ubiegłym roku o ponad 40 proc. spadły dochody przemysłu i ponad dwukrotnie wzrosła liczba przedsiębiorstw, które przynoszą straty i budżet musi je wspierać. Ujemne saldo handlowe wyniosło 1,7 mld dol., a zadłużenie zagraniczne sięgnęło ponad 37 mld dol.

Nawet Łukaszenka przyznał więc, że potrzebne są zmiany.

- Tak, on mówi o reformach, ale wewnętrznie nie jest do nich gotów, gdyż oznacza to rozmontowywanie systemu, który tworzył przez 20 lat - uważa profesor Stanisłau Bahdankiewicz. - Białoruskiej władzy notorycznie brakuje kadr, bo wciąż opiera się na sprawdzonych urzędnikach radzieckich, a młodych ludzi nie dopuszcza do poważnych stanowisk. Jeden doradca, nawet najlepszy, nic nie zrobi, gdyż w ministerstwach i zakładach państwowych nadal rządzą zwolennicy białoruskiego socjalizmu.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.