Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Na obszarze postsowieckim nie byłby to pierwszy przypadek dziedziczenia władzy przez członków rodziny. W 2003 roku prezydent Azerbejdżanu Hajdar Alijew przekazał ster synowi Ilhamowi, który już dziesięć lat twardą ręką rządzi krajem.

- Łukaszenka na pewno o tym marzy. Z jednej strony chciałby rządzić jak najdłużej, władza dla niego jest narkotykiem, a z drugiej - gdy już nie będzie mógł jej sprawować, to najchętniej przekazałby ją komuś z rodziny - uważa politolog Aleksander Kłaskouski.

Najstarszy syn Aleksandra Łukaszenki Wiktor ma 37 lat. Jest podobny do ojca. Wcześnie zaczął łysieć, nosi takie same wąsy, nawet jego głos i sposób wypowiadanie się przypominają Baćkę. Jednak Wiktor nie ma ojcowskiej charyzmy. Białoruski prezydent uwielbia obcowanie z tłumem, lubi wielogodzinne konferencje prasowe, błyski fleszy i poczucie, że jest w centrum uwagi. Pod tym względem jego syn jest inny. Stawia na politykę zakulisową i nie chce być ludowym trybunem.

Oficjalnie jest tylko doradcą prezydenta ds. bezpieczeństwa, ale komentatorzy uważają go za osobę numer dwa na Białorusi. Od lat jest bowiem upoważniony przez ojca do koordynowania i nadzorowania działalności wszystkich resortów siłowych.

Synowie Łukaszenki należą do hokejowej drużyny prezydenta Białorusi i razem z ojcem uczestniczą w amatorskich meczach. W odróżnieniu od Aleksandra Łukaszenki, który gra w ataku i lubi strzelać bramki, Wiktor i Dzmitryj grają w obronie i chronią tyły drużyny. W realnym życiu powierzając Wiktorowi nadzór za resortami siłowymi, Łukaszenka sprawił, że sytuacja stała się podobna do tej z boiska.

Żołnierz specnazu

Kiedy w 1994 roku Aleksander Łukaszenka został prezydentem Białorusi, Wiktor miał 19 lat i był studentem drugiego roku wydziału stosunków międzynarodowych Białoruskiego Uniwersytetu Państwowego.

- Zawsze trzymał się z dala od polityki, chociaż w latach 90. młodzież studencka była bardzo rozpolitykowana. Zapamiętałem go jako spokojnego wiejskiego chłopca, który mówił z mocnym białoruskim akcentem - powiedział "Gazecie" jeden z jego kolegów z roku.

Po studiach podjął pracę w MSZ. Trafił do wydziału zajmującego się Europą Zachodnią. Dobrze zna niemiecki, więc zajmował się przede wszystkim Niemcami i Austrią. Po kilku miesiącach pracy powołano go do wojska.

"Być może mam staroświeckie poglądy, ale uważam, że mężczyzna powinien odsłużyć wojsko" - mówił w jednym z nielicznych wywiadów.

Powołano go do wojsk pogranicznych i służbę odbył na białorusko-polskiej granicy, gdzie wcześniej służył jego ojciec. Jednak w odróżnieniu od taty Wiktor nie został oficerem politycznym, lecz trafił do jednostki specjalnej OSAM, która zajmowała się walką z nielegalną emigracją. Po wojsku wrócił do MSZ, ale nie pracował tu długo, bo wkrótce zatrudnił się w państwowej firmie Agat zajmującej się m.in. produkcją wojskowych systemów łączności oraz modernizacją dawnej sowieckiej techniki wojskowej. Został tam szefem działu zajmującego się handlem z zagranicą, czyli to właśnie on sprzedawał białoruską broń zainteresowanym.

Obrońca taty

Do polityki Wiktor Łukaszenka wszedł w 2005 r., gdy prezydent mianował go doradcą ds. bezpieczeństwa. "Syn jest dla mnie dodatkowym źródłem informacji. Przychodzi i opowiada wszystko, co uważa za stosowne" - wyznał później rosyjskiej gazecie "Izwiestia".

Na Białorusi właśnie zbliżały się wybory prezydenckie. Lider zjednoczonej opozycji Aleksander Milinkiewicz nawoływał do protestów, a władza się bała, że kryje się za tym próba wywołania na Białorusi "kolorowej rewolucji", podobnej do tej, jaka rok wcześniej na Ukrainie doprowadziła do przejęcia władzy przez demokratyczną opozycję. Łukaszenka, powierzając synowi kontrolę nad resortami siłowymi, umocnił po prostu swoją pozycję.

- Łukaszenka wie, że nomenklatura, nawet ta z resortów siłowych, jest zdolna do zdrady, dlatego prawdziwe zaufanie ma tylko do krewnych - powiedział "Gazecie" politolog Aleksander Kłaskouski.

Wiktor nie zawiódł ojca. W 2006 i w 2010 r. prezydenckie wybory odbyły się pod dyktando władz. Protesty spacyfikowano, liderów opozycji wtrącono do więzień - MSW i KGB zdały egzamin, a wpływy Wiktora wzrosły. Przyjaźń z synem prezydenta zaczęła otwierać drzwi do najważniejszych stanowisk w państwie, czego przykładem kariera Igora Raczkowskiego. Ten były dowódca OSAM został w wieku 39 lat najmłodszym w historii Białorusi generałem i szefem Wojsk Pogranicznych. Za ludzi Wiktora uchodzą minister obrony Jurij Żadobin oraz szef KGB Waleryj Wakulczyk.

Wiktor Łukaszenka jest zwolennikiem twardej polityki i trzymania społeczeństwa "za mordę", jednak chętnie prowadzi też zakulisowe gry. W ujawnionych przez Wikileaks depeszach ambasada USA w Mińsku oceniała go jako twardego i nieustępliwego negocjatora, który chętnie nawiązywał kontakty z amerykańskimi dyplomatami. Jednocześnie Amerykanie nie zostawili suchej nitki na jego otoczeniu, nazywając je "ludźmi podobnymi do bandytów".

Naboje dla dziennikarza

Wiktor Łukaszenka unika mediów. Gotów jest wiele zrobić, by pozostać w cieniu.

- W 2002 roku dla dziennika "Narodnaja Wola" chciałem sfotografować Wiktora wyjeżdżającego ze swojego domu. To ładny dom jednorodzinny otoczony płotem. Stałem z aparatem i czekałem. Kiedy brama się otworzyła i wyjechał mercedes, za którego kierownicą siedział Wiktor, zrobiłem kilka zdjęć - opowiada "Gazecie" Cimafiej Dranczuk, który w tamtym czasie współpracował z opozycyjną prasą jako wolny strzelec.

Kiedy Łukaszenka się zorientował, że został sfotografowany, zatrzymał samochód i po krótkiej szarpaninie odebrał dziennikarzowi aparat. Dranczuk zdążył jednak niepostrzeżenie wyjąć kartę pamięci. Wiktor Łukaszenka obiecał, że odda aparat redakcji "Narodnej Woli" i odjechał. Kiedy później się zorientował, że dziennikarz go przechytrzył i zachował zdjęcia, do akcji wkroczyli funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa Prezydenta.

- Zatrzymali mnie w centrum Mińska. Wciągnęli do jakiegoś zaułka i tam zrewidowali mój plecak. Mieli prawdziwe zdolności prestidigitatorskie, bo nagle jeden z nich wyciągnął z niego nabój - opowiada Dranczuk, który stanął wobec alternatywy: albo odda kartę pamięci ze zdjęciami, albo będzie mieć proces za nielegalne przechowywanie amunicji. Oddał kartę i historia z nabojem natychmiast poszła w niepamięć.

Nic dziwnego, że Wiktorowi Łukaszence udaje się pozostawać w cieniu. Niewiele wiemy o jego życiu prywatnym. Jest żonaty z przyjaciółką z dzieciństwa, z którą razem dorastali w Szkłowie. Ma trójkę dzieci. Najstarsza córka Wiktoria ma 15 lat i robi na Białorusi karierę filmową.

Następca?

Sam Aleksander Łukaszenka kilkakrotnie dementował informacje o tym, że przygotowuje Wiktora na swego następcę. - Moje dzieci już wystarczająco ucierpiały z powodu mojej prezydentury - mówił, zarzucając prasie ataki na rodzinę. Podkreślił, że nigdy nie zamierzał przekazywać władzy dzieciom.

Jednak wzrost wpływów Wiktora i postępująca koncentracja realnej władzy w jego rękach powodują, że komentatorzy coraz częściej biorą pod uwagę azerbejdżański scenariusz jako realną prognozę dla Białorusi. Aleksander Kłaskouski zwraca jednak uwagę, że nawet w środowisku białoruskiej klasy rządzącej taka wizja nie wzbudza zachwytu: - Jednak mamy trochę inną kulturę polityczną niż Azerbejdżan.

A sam Wiktor milczy na temat swoich domniemanych ambicji prezydenckich.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.