Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Mimo licznych podwyżek przejawów społecznego niezadowolenia nie widać - zdaniem socjologów społeczeństwo przystosowało się do coraz gorszej sytuacji materialnej.

1 stycznia rząd podjął decyzję o zwiększeniu opłat za ogrzewanie mieszkań o 5 proc., a elektryczności o 9,5 proc. Jednocześnie o 20 proc. wzrosły koszty usług telefonicznych i internetowych. Paczka papierosów (zależnie od gatunku) kosztuje dziś nawet 3,5-krotnie więcej niż w grudniu 2012.

Rząd otwarcie przyznaje, że to jeszcze nie koniec. Już wkrótce mają zdrożeć paliwa, co z kolei pociągnie za sobą wzrost cen wszystkich towarów. Jednocześnie urzędnicy nawołują Białorusinów, by w trudnej sytuacji liczyli przede wszystkim na swoje siły, a nie na pomoc państwa.

- Jest oczywiste, że musimy rezygnować ze zbytniej opieki nad naszymi obywatelami. Każdy musi zdawać sobie sprawę z osobistej odpowiedzialności za własny dobrobyt - oznajmił 20 grudnia na ostatnim posiedzeniu parlamentu wicepremier Anatol Tozik, tłumacząc potrzebę podwyżek.

W 2011 r. załamanie się gospodarki i wzrost cen spowodowały rekordowy spadek popularności prezydenta Aleksandra Łukaszenki, który zatrzymał się w okolicach 20 proc. Krajem wstrząsnęły wówczas masowe uliczne protesty. Jednak w ciągu następnych miesięcy reżimowi udało się ustabilizować sytuację gospodarczą, zaś służby specjalne, aresztując setki demonstrantów, zdołały utrzymać naród pod kontrolą.

Podwyżki na początku roku 2013 społeczeństwo przyjmuje bez oznak publicznego niezadowolenia. I na razie nic nie wskazuje na to, by nastroje miały się szybko zmienić. Według ostatnich badań opinii publicznej przeprowadzonych w grudniu (czyli jeszcze przed podwyżkami) przez niezależny ośrodek badawczy NISEPI, 31,5 proc. Białorusinów deklarowało poparcie dla Łukaszenki. W porównaniu z listopadem oznacza to wzrost o 0,9 proc.

- Można mówić o wysokim niezadowoleniu Białorusinów z sytuacji gospodarczej, bo zdaniem ponad 90 proc. kraj przeżywa kryzys. Jednak nie łączą się z tym nastroje, które mogłyby prowadzić do protestów. Oburzenie ludzie okazują we własnych domach. I nic poza tym - mówi "Gazecie" socjolog z NISEPI Aleksander Sasnou.

Niechęć do protestów eksperci tłumaczą z jednej strony twardą polityką Łukaszenki, który w ciągu 18 lat swoich rządów zademonstrował narodowi, że ludzi mających czelność sprzeciwiać się władzy czeka więzienie. Z drugiej zaś strony - podziałami i konfliktami w środowisku opozycji, która nie mogąc się zjednoczyć, nie jest w stanie stać się w oczach społeczeństwa rzeczywistą alternatywą dla reżimu.

Według NISEPI najpopularniejszy opozycyjny polityk, były kandydat na prezydenta Andrej Sannikau, który od kilku miesięcy ma azyl polityczny w Wielkiej Brytanii, w grudniu minionego roku mógł liczyć na poparcie zaledwie 4,8 proc. Białorusinów.

- Ludzie nie widzą sensu w jednoczeniu się i wspólnej walce o lepsze życie, tylko w indywidualnym rozwiązywaniu własnych problemów ekonomicznych. Na przykład poprzez wyjazd do pracy za granicą - mówi "Gazecie" politolog Walery Karbalewicz z Analitycznego Centrum "Strategia".

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.