Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Urzędnicy ścigający się na nartach czy Aleksander Łukaszenka bezkonkurencyjny w wyścigach na łyżworolkach - owszem, to komiczne obrazki, ale Białoruś może się też pochwalić dobrymi jak na 10-milionowy kraj osiągnięciami sportowymi. Stoi za tym polityka prezydenta.

Wszyscy znają Wiktorię Azarenkę, pierwszą rakietkę świata w tenisie. W Europie głośno o piłkarskim klubie BATE, który w Lidze Mistrzów zwyciężył niedawno 3:1 Bayern Monachium. Na ostatnich igrzyskach olimpijskich w Londynie reprezentacja zdobyła 12 medali, gdy niemal czterokrotnie większa Polska może się pochwalić jedynie 10. I choć kraj pozostaje daleko w tyle za sportowymi potęgami świata, jak USA czy Chiny, państwowe media z dumą powtarzają: - Białoruś to sportowy kraj.

Na ulicach miast widać ogromne billboardy z czempionami i hasłem "O sportową Białoruś!". Telewizja często pokazuje Łukaszenkę grającego w hokeja na lodzie albo ścigającego się na nartach - swoje zamiłowanie do sportu prezydent od lat próbuje zaszczepić rodakom.

Portfel Łukaszenki szefuje zapasom

- Towarzyszu generale, wasze zadanie zostało wykonane, medale zdobyte. Służę Białorusi - raportowała w wiosną 2012 r. wracająca z Pucharu Świata w biatlonie Daria Damraczewa, lat 25, mistrzyni świata w biegu pościgowym.

Damraczewa jest oficerem KGB i na lotnisku osobiście powitał ją szef resortu, gen. Jurij Zajcau, zarazem przewodniczący Federacji Biathlonu (w skład jej zarządu wchodzą wszyscy najważniejsi generałowie tej służby).

Sportowcy dostają oficerskie stopnie i... dodatkową resortową pensję. Taki związek wysokiej rangi urzędnika bądź oligarchy ze sportem jest regułą. Prezydent twardą ręką nakazał to wpływowym urzędnikom, kierownikom resortów siłowych i oligarchom, zobowiązując ich do wspierania danej dyscypliny.

I tak nazywany "portfelem Łukaszenki" oligarcha Jurij Czyż, persona non grata w Unii Europejskiej, przewodniczy Federacji Zapasów. Wpływowy oligarcha i polityk Aleksander Szakucin szefuje Federacji Tenisa. Koszykówką kieruje prezes Najwyższego Sądu Gospodarczego Wiktar Kamienkou. Siatkówką - gubernator obwodu Mińskiego Barys Batura. Jeździectwem - minister rolnictwa Michaił Rusy. Pływaniem - wicepremier Anatol Tozik...

W rezultacie wiele federacji przypomina elitarne kluby, w których trenerzy bądź znani sportowcy stanowią mniejszość. Np. do Rady Federacji Piłki Ręcznej, na czele której stoi przyjaciel Łukaszenki z czasów młodości Uładzimir Kanaplou, wchodzą m.in.: wicepremier, ministrowie energetyki i informacji, szef koncernu przetwórstwa ropy BiałaruśNieft, a także prokuratorzy i gubernatorzy.

- Udział wysokiej rangi urzędników pozwala rozwiązywać problemy finansowe i organizacyjne. Jeśli taka osoba ma siłę przebicia, może bardzo pomóc sportowcowi - mówi "Gazecie" trener, zarazem członek jednej z federacji sportowych.

Zainteresowani wspieraniem sportu są również biznesmeni. - To demonstracja lojalności. Dajesz pieniądze na sport, czyli jesteś swój, wspierasz państwo. Nie przyjdzie do ciebie pod byle pretekstem kontrola podatkowa - uważa Siarhiej Skriabiec, były generalny dyrektor koncernu cukierniczego Belbabajewskoje.

Łatwiej jest też wytypować "winowajców" odpowiedzialnych za złe wyniki. Na przykład w 2006 r., po słabym występie drużyny biatlonistów na zimowej olimpiadzie w Turynie, Łukaszenka nie atakował ministerstwa sportu ani trenerów, tylko ówczesnego szefa KGB, generała Sciapana Sucharenke. - Kiedy nauczycie zawodników strzelać? Przecież to wasi oficerowie! - grzmiał prezydent.

Pusty stadion to hańba

Za rządów Łukaszenki we wszystkich najważniejszych miastach zbudowano Pałace Lodowe, w których młodzież może trenować hokeja. W stolicy powstała też gigantyczna Mińsk-Arena, wielofunkcyjny obiekt na ponad 18 tys. widzów, który władze okrzyknęły największym w Europie.

Łukaszenka dba jednak nie tylko o to, by sport był należycie finansowany, ale i o to, by zawody były widowiskiem. Na wszystkich ważniejszych turniejach, niezależnie od dyscypliny, trybuny szczelnie wypełnia publiczność. Prezydent nie kryje, że przymusza do tego rodaków.

- Oglądałem tenisowy Puchar Kremla w Moskwie. Co za hańba, na trybunach parę osób! Oddajcie go nam, a ławki będą pełne - oznajmił w ubiegłym tygodniu podczas konferencji prasowej z rosyjskimi dziennikarzami. I opowiedział, jak zbierał 40 tys. widzów ma mecz piłkarski Białoruś-Hiszpania: - Było zagrożenie, że kibice nie przyjdą, bo drużyna ich rozczarowała. Ale cóż, włączyłem swoją administrację, do zakładów pracy poszły zaproszenia, no i wypełniłem trybuny.

Bilety na ważne dla władz zawody często są dzielone pomiędzy urzędami i zakładami pracy, a później działy ideologii zmuszają ludzi do ich wykupywania. Wcześniej, gdy sytuacja gospodarcza była lepsza, często rozdawano je za darmo.

- To się fatalnie odbija na atmosferze, bo większość "kibiców" przychodzi z musu. Pamiętam finał meczu w hokeju na trawie: kiedy gra się przeciągnęła, "kibice" nie doczekali się wyniku i masowo wychodzili. Gdy próbowano ich zawrócić, mówili, że czas, na który zostali zmobilizowani, już minął - opowiada "Gazecie" Aleś Lewczuk, naczelny internetowej gazety "Sportowy Brześć".

Zakładnicy wielkiej polityki

Cały system wspierania sportu to autorski projekt Aleksandra Łukaszenki. Za sprawą kierujących nim urzędników mocno został związany z polityką. Jak sobie radzą z tym sportowcy?

- Już w czasach sowieckich znani wyczynowcy często musieli "obsługiwać" władzę, więc ta praktyka jest na Białorusi znana - mówi dziennikarz sportowy Uładzimir Chilmanowicz.

I tak w ostatnich wyborach parlamentarnych mandat deputowanego zdobył Wadzim Dziewiatouski, wspierany przez władze wicemistrz olimpijski i świata w rzucaniu młotem. Iwan Cichon, także mistrz olimpijski i trzykrotny mistrz świata w rzucaniu młotem, ostatnio zdetronizowany w wyniku głośnego dopingowego skandalu, jest członkiem prołukaszenkowskiej Białej Rusi. Od dwóch kadencji w fotelu senatora zasiada legendarny w czasach ZSRR mistrz olimpijski w podnoszeniu ciężarów, Aleksander Kurłowicz. A Wiktoria Azarenka chętnie gra z Łukaszenką "pokazowe" mecze tenisa.

Zdarza się jednak, że sportowcy odmawiają współpracy. W 1997 r., gdy Łukaszenka wystawił swoją kandydaturę na przewodniczącego Narodowego Komitetu Olimpijskiego, jedynym z 116 głosujących, który się jej sprzeciwił, był słynny szachista Wiktar Kuprejczyk. W opozycji do prezydenta był też trzykrotny mistrz olimpijski w wioślarstwie, Uładzimir Parfianowicz. Za sprawą swojej działalności politycznej nie mógł znaleźć pracy w kraju i trenuje drużynę Rosji.

- Większość sportowców woli się nie wychylać, by uniknąć przykrych konsekwencji - podsumowuje Uładzimir Chilmanowicz.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.