Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
- Jestem starym, chorym człowiekiem, a to długa historia do opowiadania - głos gen. Zbigniewa Ścibora-Rylskiego w słuchawce jest wciąż mocny i pewny, ale o swoim procesie lustracyjnym, który wkrótce się rozpocznie, nie chce mówić.

Ma 99 lat. Jest najstarszym stopniem żyjącym uczestnikiem powstania warszawskiego. Był żołnierzem Września 1939, walczył w 27. Wołyńskiej Dywizji AK, brał udział w operacji "Burza". W powstaniu dowodził kompanią "Motyla" w zgrupowaniu "Radosław".

"Twardy w obronie, bystry i szybki w natarciu. Wybitny oficer. Wyposażony w dużą inicjatywę, inteligentny, niezwykle ofiarny i odważny. Posiada dużą intuicję bojową. Przeprowadził samodzielnie udane akcje wypadowe, nocne na Stawki i Fort Traugutta" - tak we wniosku awansowym pisał o nim dowódca batalionu "Czata 49" mjr Tadeusz Runge pseudonim "Witold". Za udział w powstaniu Ścibor-Rylski dostał Virtuti Militari i Krzyż Walecznych.

Po upadku powstania wycofał się z miasta z ludnością cywilną. Po wojnie zamieszkał w Poznaniu, a następnie w Warszawie.

Był jednym z inicjatorów powołania Muzeum Powstania Warszawskiego. Jest prezesem Związków Powstańców Warszawskich, był członkiem komitetu honorowego Bronisława Komorowskiego w wyborach prezydenckich w 2010 i 2015 r.

W ostatnich latach naraził się prawicowcom, uciszając awanturników zakłócających obchody powstania warszawskiego. Wielokrotnie apelował, by nie upolityczniać tych uroczystości. Był atakowany przez prawicę i oskarżany o sympatyzowanie z PO.

Kapituła podlega lustracji

W 2004 roku został członkiem Kapituły Orderu Wojennego Virtuti Militari i stąd jego dzisiejsze kłopoty. Członkowie kapituły, tak jak ministrowie i posłowie, podlegają ustawie lustracyjnej, składając oświadczenia o swoich związkach z UB i SB. Ścibor-Rylski takie oświadczenie złożył w 2007 r., ale nie wspomniał w nim o kontaktach z UB i SB.

Po raz pierwszy informacja o tym, że został zarejestrowany przez UB jako tajny współpracownik o pseudonimie "Zdzisławski", pojawiła się w 2012 r. w książce Marka Lachowicza "Wspomnienia cichociemnego".

Pion lustracyjny IPN wszczął wtedy procedurę weryfikacyjną oświadczenia lustracyjnego generała. W marcu tego roku wystąpił do sądu o wszczęcie postępowania, podejrzewając kłamstwo lustracyjne.

Według IPN był on tajnym współpracownikiem poznańskiego UB w latach 1947-64, a potem, po przeprowadzce do Warszawy, miał podjąć współpracę z wywiadem, którą kontynuował aż do 1981 roku.

W archiwach IPN zachowała się jego teczka personalna i teczka pracy, 34 ręcznie pisane przez niego meldunki oraz kilkadziesiąt raportów ze spotkań z oficerem prowadzącym.

Z dokumentów UB wynika, że został zmuszony do współpracy na podstawie materiałów kompromitujących. Był początkowo wykorzystywany do rozpracowywania środowiska polonijnego w USA i osób przyjeżdżających na Międzynarodowe Targi Poznańskie.

"Nie negując powszechnie znanego faktu, iż Zbigniew Ścibor-Rylski w okresie II wojny światowej, walcząc jako żołnierz w obronie kraju, wykazał się wyjątkowym męstwem i odwagą, należy stwierdzić, iż w świetle zebranego materiału dowodowego zachodzą wątpliwości co do prawdziwości jego oświadczenia lustracyjnego" - napisał prokurator Piotr Dąbrowski, domagając się lustracji.

Donosiciel czy konspirator?

Generał podczas śledztwa nie zaprzeczał związkom z UB. Twierdzi jednak, że podjął współpracę na polecenie swojego dowódcy z AK "Radosława", czyli Jana Mazurkiewicza. "Jako oficer wywiadu AK zgodziłem się w Poznaniu na współpracę z UB, ale moim faktycznym celem było uzyskiwanie informacji, kim interesuje się Urząd, i następnie ostrzeganie tych osób. Pytano mnie o kolegów z powstania, a ja nie udzielałem żadnych informacji, wykręcałem się. Natomiast później informowałem taką osobę, że UB się nią interesuje, w ten sposób ostrzegałem kolegów" - zeznał prokuratorowi IPN.

Twierdzi, że do takich osób wysyłał anonimowe listy z ostrzeżeniami, które sam pisał na maszynie. Podpisywał je "przyjaciel" i wysyłał pocztą. W ten sposób ostrzegł kilkanaście osób. Nie był jednak w stanie wymienić ani jednego nazwiska ani w inny sposób wskazać osoby, której pomógł. Opowiedział, że spotkania z funkcjonariuszami UB odbywał w ich mieszkaniach lub w hotelach. Z dokumentów SB, które zachowały się z lat 1969-81, wynika, że było ich 71. Najczęściej spotykał się z oficerem prowadzącym w warszawskiej restauracji Arkady. "Ubecy głównie interesowali się moimi kolegami z AK, ale pytali też o inne osoby z państwowych nieruchomości ziemskich. Starałem się wymigiwać z tych spotkań" - mówił.

Generał twierdzi, że o swojej działalności informował wiele osób, m.in. Władysława Stasiaka, szefa kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego, oraz kanclerza Kapituły Orderu Virtuti Militari generała Stanisława Nałęcza-Komornickiego. To właśnie on zasugerował, żeby nie wpisywał do oświadczenia lustracyjnego kontaktów z UB i SB. "Co masz się tym chwalić" - miał powiedzieć.

Takie życie

Pierwsze posiedzenie, na którym stołeczny sąd zdecydował o wszczęciu postępowania lustracyjnego, odbyło się kilka dni temu i trwało tylko 20 minut. Generała, który od wielu lat nie może chodzić, wwieziono na salę rozpraw na wózku inwalidzkim.

Powiedział, że nie jest w stanie wysłuchać postanowienia sądu, bo bardzo źle słyszy. Poprosił, by pisemne postanowienie o wszczęciu lustracji sąd przesłał listownie, by mógł się z nim zapoznać. Poprosił też o obrońcę z urzędu, gdyż nie zna żadnego prawnika, który mógłby go bronić.

W aktach jest odręcznie pisane drżącą ręką jego oświadczenie. Zapewnia, że z powodu jego spotkań z funkcjonariuszami SB i UB żadna z osób trzecich nie poniosła żadnej krzywdy i nie doświadczyła żadnych przykrości. Napisał też, że ze względu na wiek i kłopoty ze zdrowiem nie będzie mógł osobiście stawić się na procesie.

- To może poważnie utrudnić pana obronę - zauważam. - Cóż robić, takie jest życie - mówi generał. - Teraz jestem chory. Niech pan zadzwoni, gdy trochę wydobrzeję, to o tym porozmawiamy.

*Ur. w 1966 r., dziennikarz i publicysta. W latach 80. zaangażował się w działalność opozycyjną. Pracował w "Wyborczej", "Przekroju", "Polityce". Autor zbioru "Kafka z Mrożkiem. Reportaże pomorskie" (2012), książek "Sześć pięter luksusu. Przerwana historia Domu Braci Jabłkowskich" (2013) i "Elegancki morderca" (2015). Ostatnio w książce "Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka" opisał historię studenta zabitego w 1983 r. przez milicję.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.