Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Beata Chomątowska - ur. w 1976 r., pisarka, publicystka. Wydała m.in. powieść pokoleniową "Prawdziwych przyjaciół poznaje się w Bredzie" oraz reportaże historyczne "Pałac. Biografia intymna" i "Stacja Muranów".

Otwartość, kreatywność, rozmach, nonszalancja, alternatywne style życia i polityczny radykalizm. Miasto, które nigdy nie zasypia, nie z powodu przepracowania, lecz niekończącej się zabawy, "Las Vegas nad Sprewą", "biedny, ale seksowny", "najbardziej wyluzowana stolica Europy". Czemu nie? W końcu "Berlin jest własnością całego świata" - jak głosi fraza z przewodnika.

Każdy ma prawo budować sobie Berlin, jaki mu pasuje, z własnych doświadczeń i wyobrażeń. Część z nich zresztą jest prawdziwa, oddaje w jakimś stopniu niepowtarzalnego, wolnego ducha tej metropolii. Jednak gdyby ktoś zdarł z Berlina warstwę turystycznego lukru i spróbował wyzwolić się od nawyku porównań z Warszawą - bazujących na powierzchownym podobieństwie zdekompletowanej tkanki miejskiej - zobaczyłby procesy, jakie stworzyły Berlin dzisiejszy: pewny siebie, grający w pierwszej lidze, który po drodze do nowej tożsamości sporo stracił i sporo się nauczył.

Za taką ściągawkę może posłużyć antologia "The Berlin Reader", zbiór głośnych tekstów dotyczących urbanistycznych i społecznych przekształceń Berlina, jakie ukazywały się przez ostatnie ćwierć wieku w tamtejszej prasie i w publikacjach naukowych. Przełożone na angielski, pozwolą spojrzeć na miasto z szerszej perspektywy niż stolik z kawą w opiewanym przez foodies z całego świata The Barn.

Wschód jest dziki, Wschód jest zły

"Patrzyłem przez okno S-Bahnu, jak miasto oddala się od dworca Lichtenberg, a kiedy mijaliśmy stację Springpfuhl, czułem się, jakbym trafił do pociągu jadącego do Polski, na Białoruś czy nawet w samo czerwone serce dawnego Związku Radzieckiego" - tak Paul Sullivan, redaktor i dziennikarz, współzałożyciel portalu Slow Travel Berlin, opisuje swoją wyprawę sprzed kilku lat na wschodnioberlińskie osiedle z wielkiej płyty Marzahn, gdzie miał obejrzeć mieszkanie na wynajem.

Ta relacja, całkiem współczesna przecież, wpisuje się niczym prolog w mocną tezę, jaką przed 16 laty postawił w tekście "Barbarzyński Wschód" Uwe Rada, publicysta "die tageszeitung". Nazwał w nim to, czego inni berlińczycy, borykający się wówczas z poczuciem bycia pomiędzy, nie odważali się wypowiedzieć głośno: lęk przed zaliczeniem do kręgu Wschodu, doskonale znany zresztą również Warszawie.

Berlin jest brudny, ale sexy. Śmierdzi, ale musi tak śmierdzieć



Berlin z lat 90. nie interesował się szczególnie tym, co dzieje się po drugiej stronie Odry, zaledwie 40 minut podróży koleją od granic miasta. Czynił też wszystko, byle uznano go za "serce Europy". Wyobrażenia te sukcesywnie podmywała fala napływających do miasta wschodnioeuropejskich imigrantów, dokładających swoje solanki czy pierogi do wspólnego stołu zastawionego kiełbasą z curry, kebabem, ale też szynką parmeńską i sushi. O ile jednak tymi dwoma ostatnimi wypadało się pochwalić, upodobanie do pozostałych budziło raczej wstyd. Wtedy też za najskuteczniejsze lekarstwo na pozbycie się kompleksu Wschodu uznano tak zwaną modernizację wschodniej części Berlina. Oczywiście na modłę zachodnią.

Drogie znaczy nowoczesne

Cofnijmy się na chwilę do punktu zero. Gdy runął mur, euforia sprzyjała snuciu prognoz, w których nie wahano się stawiać przyszłego, scalonego już Berlina w jednym rzędzie z takimi globalnymi metropoliami jak Londyn, Paryż czy nawet Nowy Jork. Wkrótce miały się sprawdzić, ale - jak to bywa z przepowiedniami - niezupełnie w zgodzie z wyobrażeniami profetów.

Dziś nikt nie ma wątpliwości, że stolica Niemiec dołączyła do miast ikon, lecz w innej kategorii, niż oczekiwano. Berlin nie został siedzibą central największych korporacji ani głównym ośrodkiem handlu i biznesu, nawet nie oknem wystawowym współczesnej architektury, tylko celem pielgrzymek turystów z całego świata w poszukiwaniu luzu i rozrywki.

Tamten czas wiary w nieograniczone możliwości, który w środowiskach alternatywnych zapisał się jako era podboju kolejnych budynków i przestrzeni niczyich, a w urzędnikach miejskich i inwestorach rozpalił emocje porównywane czasem złośliwie do gorączki złota, odcisnął wyraźny ślad na tkance miasta.

Podstawowe skojarzenie, jakie uruchamia w wyobraźni decydentów hasło "globalna metropolia", zwłaszcza w zestawie z Nowym Jorkiem, to oczywiście wieżowce. Drapacze chmur aż po horyzont - symbol potęgi, przestrzennej dominacji.

Polskim podróżnym, zachwycającym się widokiem kolejnych faz wzrostu gmachów przy dotychczas ziejącej pustką ziemi niczyjej Potsdamer Platz i porównujących nowy Hauptbahnhof do siermiężnych wnętrz Warszawy Centralnej, nie przychodziło oczywiście do głowy, co się za tym postępem kryje. Trudno byłoby im też uwierzyć, że tak podziwiany Berlin zachowuje się jak dziewczę niepewne własnej wartości, wdzięczące się do inwestorów.

Każde miasto ma swoją Pragę



Jak przypomina tekst Simone Hain o dyskursie wokół rozwoju przestrzennego Berlina, jeszcze zanim uchwalono jakiekolwiek przepisy pozwalające tworzyć wspólne zasady zagospodarowania po zjednoczeniu, sporo wolnych parcel należących do miasta, także w centrum, zdążyło zmienić właściciela. Przed deklaracją o przywróceniu Berlinowi statusu stolicy firmy handlujące nieruchomościami nie wiedziały, na jakie zyski mogą liczyć, więc zabawiały się spekulacjami. W zabawach uczestniczyli też urzędnicy, czego efektem było połączone ze skandalem politycznym spektakularne bankructwo Bankgesellschaft Berlin, należącej do miasta instytucji finansowej, która kredytowała ryzykowne inwestycje prywatnych funduszy.

Aby łatać prujący się budżet, w panice zaczęto wyprzedawać, co się da - w tym komunalne firmy zarządzające infrastrukturą oraz przedsiębiorstwa mieszkaniowe - faworyzując wielki kapitał. Gorączce oparły się tylko miejskie parki. Nie bacząc na tradycje berlińskiego budownictwa jeszcze z czasów Republiki Weimarskiej, władze organizowały konkurs za konkursem, każdy zaś premiował wielkich graczy, a zniechęcał spółdzielnie czy lokalnych deweloperów. Wszystko, co skromne, odrzucano, bo trąciło prowincjonalizmem - i Wschodem. W samym śródmiejskim Mitte zburzono blisko 80 historycznych budynków pod pretekstem, że nieefektywnie wpisują się w przestrzeń. Efektywność była hasłem dnia - firma Douglas Holding, jedna z najbardziej aktywnych, dowodziła, że centra miast powinny być zarządzane "podobnie jak centra handlowe".

Tamto myślenie - które w Polsce nie tylko warszawiakom może się wydać znajome - najlepiej ucieleśnia historia tzw. planu Kollhoffa dla Alexanderplatz. Największemu miejskimu placowi w Niemczech i architektonicznemu dziedzictwu lat 60. nie szczędzono epitetów w rodzaju "przedmurze Mongolii", pisano, że "jego pustka i skala odzwierciedla ekonomię niedoboru, której jedynym luksusem było marnowanie przestrzeni", nie zważając, że dla wielu mieszkańców wschodniej części miasta był miejscem spotkań, zakupów, demonstracji. Gdy znany architekt Hans Kollhoff zaproponował , by zmienić plac w "mały Manhattan" - dziesięć wieżowców, każdy po 150 metrów - berliński Senat odpowiedział entuzjazmem. Już Potsdamer Platz rozbudził apetyty, ale tutaj dopiero miało się dziać! Tyle że gdy w 1994 r. okazało się, że brakuje potencjalnych najemców, inwestorzy jeden za drugim się wycofali.

Kto da więcej

Choć z Alexanderplatz do Marzahn jedzie się góra 20 minut, Paul Sulivan był skłonny uznać tę przejażdżkę za wyprawę. Osiedla z wielkiej płyty są bowiem nadal jednym z tych obszarów na berlińskiej mapie, na które wskazuje się, prychając pogardliwie: "Tam nic nie ma".

Wśród głównych aktorów bankowego skandalu z lat 90., który pogrążył miasto w długach, była firma Aubis, wykupująca między innymi właśnie bloki we wschodnim Berlinie. Pomysł na renowację nie wypalił, bo odnowione lokale były zbyt drogie dla tych, którzy chcieliby w nich mieszkać, a wystarczająco zamożnych odstręczało odium "blokowiska".

Dziś nadal trudno znaleźć osoby, które opowiadałyby o przeprowadzce na Marzahn z entuzjazmem. Jeśli ktoś się tam przenosi, to głównie dlatego, że nie ma wyboru.

Po zjednoczeniu wszystko zmierzało w kierunku rozwarstwienia. Zamykane zakłady przemysłowe we wschodnich dzielnicach zostawiły po sobie całą armię bezrobotnych. Równocześnie, jak przypomina Margit Mayer w tekście "Nowe podziały w nowym Berlinie", kryzys w finansach wymusił cięcia w programach budowy lokali socjalnych i zastopował dopłaty do mieszkań. Dawni właściciele zaczęli odzyskiwać nieruchomości w Berlinie wschodnim, co wywindowało ceny ziemi, mieszkań i najmu, a nowy podział środków na rewitalizację sprawił, że sprawnie dotąd realizowane programy w zachodnich dzielnicach wytraciły impet. Jednocześnie do miasta zaczęli zjeżdżać turyści, a w ślad za nimi ekspaci, często dzieci zamożnych rodziców, przenoszące się nad Sprewę z przekonaniem, że wraz ze zmianą statusu zamieszkania na Facebooku na "Berlin" ich życie stanie się znacznie bardziej ekscytujące.

Na konsekwencje nie trzeba było długo czekać. W prasie i dyskusjach coraz częściej padał termin: gentryfikacja. Jej przebieg - a przejmowanie atrakcyjnych, dotąd zaniedbanych kwartałów przez deweloperów i zamożną siłę nabywczą dotknęło nie tylko ścisłe centrum - dokumentuje szczegółowo Andrej Holm, socjolog miasta z Uniwersytetu Humboldtów, pokazując, jak zmieniała się struktura społeczna kolejnych dzielnic. Niektóre z nich, jak Mitte czy Prenzlauer Berg, od zjednoczenia przeszły już przez cztery jej fazy, osiągając poziom tak zwanej supergentryfikacji, gdzie nowi lokatorzy z zasobnym portfelem zastąpili już większość dotychczasowych mieszkańców.

Mur polski



Skoro pomiędzy 1993 a 2012 rokiem sprywatyzowano blisko połowę miejskich zasobów mieszkaniowych, liczba lokali socjalnych zmalała z 370 tys. do około 150 tys., a jednocześnie poluzowano przepisy regulujące wzrost czynszów, nic dziwnego, że cena wynajmu mieszkań wystrzeliła w górę. Z polskiej, nastawionej na własność perspektywy - nic wielkiego, ale w Berlinie wynajem jest główną formą korzystania z nieruchomości. Holm szacuje, że od 2003 roku stawki wzrosły średnio o 23 proc., a w ścisłym centrum niemal o połowę. To w przypadku przedłużanych umów, bo zawierając nową, trzeba zapłacić teraz i dwukrotnie więcej niż pięć lat temu. Kolejki formujące się już o świcie pod mieszkaniami na wynajem w atrakcyjnych lokalizacjach to dziś powszechny widok.

Zmiany objęły też osiedla z wielkiej płyty. W latach 80. mieszkały tam młode rodziny z dziećmi, ale w kolejnej dekadzie, podobnie jak w Polsce, część z nich przeniosła się - póki nie było to zbyt kosztowne - do większych mieszkań w centrum lub domów jednorodzinnych. Zostali ci, którzy nie zdążyli lub nie mogli sobie pozwolić na wyprowadzkę. Bloki na krótko opustoszały, by wkrótce przyjąć pod dach gorzej sytuowanych lokatorów, w tym wielu imigrantów, nie zawsze witanych z otwartymi ramionami przez dotychczasową społeczność.

Urzędniku, podziel się miastem

Według architekta Jakoba Tiggesa Berlin dzieli się dziś na dwa miasta. Pierwsze, alternatywne, oddolne, miasto mieszkańców, wciąż kwitnie mimo przeszkód ze strony drugiego - miasta oficjalnego, należącego do urzędników. A oni są pełni dobrych chęci, ale nadal nie potrafią przedstawić interpretacji "charakteru współczesnej niemieckiej stolicy", który odpowiadałby na potrzeby i wartości pierwszej grupy.

Symbolem stylu myślenia miasta oficjalnego jest sztuczny twór, czyli rekonstruowany zamek - dawna siedziba Hohenzollernów w ścisłym centrum, w miejscu po enerdowskim Pałacu Republiki. Oddolne i niekonwencjonalne podejście uosabia Der Berg, projekt 1000-metrowej sztucznej góry pokrytej śniegiem od marca do września, zgłoszony przez Tiggesa w miejskim konkursie na zagospodarowanie terenu po lotnisku Tempelhof.

Kpiąca odpowiedź na megalomanię - "zawstydzi Monachium z jego panoramą Alp", jak napisał twórca w manifeście stylizowanym na folder reklamowy - miała wywołać dyskusję i zachęcić ludzi, by w referendum urządzili sobie Tempelhof po swojemu. I tak się stało - wskutek decyzji mieszkańców cały teren służy dziś im jako publiczny park.

Podobną mobilizację wywołały wielkie plany deweloperskie na wybrzeżu Sprewy. Tam też mieszkańcy opowiedzieli się w referendum za udostępnieniem nadbrzeżnych terenów ludziom. Dwie partie lewicowe rządzące dzielnicą Kreuzberg-Friedrichshain znalazły się w kłopocie: nie mogły całkowicie zrewidować planów, ale też nie wypadało im bronić deweloperów przed własnym elektoratem. Wybrały rozwiązanie salomonowe, uznając, że referendum nie było decyzją, lecz rekomendacją, i do zarządzania sporną przestrzenią powołały komitet z udziałem protestujących.

Słynny plan Kollhoffa też trafił do śmietnika, gdy wskutek społecznego nacisku władze wpisały do rejestru zabytków dwa wieżowce z czasów NRD przy Alexanderplatz. A rosnący opór berlińczyków wobec polityki "odwiedzajcie Berlin, przychylimy wam nieba" zmusił władze, zapatrzone w kolejne rekordy liczby odwiedzających, do dyskusji o skutkach ubocznych masowej turystyki. Miasto wprowadza też regulacje, które mają utrudnić adaptację mieszkań na kwatery oraz zniechęcić lokatorów czynszówek do podnajmowania lokali turystom. Takie praktyki są nagminne, zdarza się nawet, że prawie całe kamienice zmieniają się w nieformalny hostel.

To nie tylko winduje ceny najmu, ale bywa też plagą dla mieszkańców: zmieniający się co chwila nowi sąsiedzi oznaczają ciągły ruch w budynku, poczucie braku bezpieczeństwa i prywatności, hałasy. A w konsekwencji wyprowadzkę stałych lokatorów i żyjących ze wspólnoty małych lokalnych biznesów.

W pogoni za złudzeniem

Jak podkreśla Uwe Rada, dzisiejszy Berlin już nie musi udowadniać, że należy do Zachodu. On tam po prostu jest. Równocześnie wciąż należy do Wschodu, lecz gdyby ktoś chciał to mu zarzucić, tym razem nie wywoła reakcji. Nic nie zostało z dawnej niepewności. Zmienił się również wizerunek Polaków w Berlinie - są ważnym elementem kultury i życia ekonomicznego miasta. Synonim "obcego" przeniósł się na inne nacje. - Nikt nie łączy też was z polityką nowego rządu. Rząd to rząd, ludzie to ludzie - mówi Uwe.

Choroby dziecięce toczące miasto po zjednoczeniu miały też plusy: Matthias Bernt, Britta Grell i Andrej Holm, redaktorzy antologii, zauważają, że gdyby nie one, Berlin nie stałby się tak podatnym gruntem do rozwoju kultury niezależnej, klubowej oraz alternatywnych form ekonomii. Opiewana w latach 90. berlińska technoscena być może nie zaistniałaby na taką skalę, gdyby nie wielkie przestrzenie po zamykanych fabrykach w NRD-owskiej części. To samo dotyczy start-upów, galerii, barów i najróżniejszych twórczych małych biznesów, które korzystają z możliwości rozwoju w biedniejszych częściach miasta, do których jeszcze nie dotarła gentryfikacja.

Berlin, jak każda wielka i zróżnicowana struktura miejska, nieustannie się zmienia. Ale to, że niektóre teksty z "The Berlin Reader" czyta się jak fascynujący reportaż z przeszłości, nie odbiera im aktualności. Warszawa, Kraków, Wrocław, Poznań - praktycznie wszystkie duże polskie miasta albo właśnie przechodzą podobne procesy, albo śnią o rozwiązaniach, które berlińczycy sprawdzili na własnej skórze. Niech ta antologia posłuży naszym planistom za przestrogę.

Wideo "Magazynu Świątecznego" to coś więcej - więcej wyjątkowych tematów, niezwykłych ludzi, najważniejszych wydarzeń, ciekawych komentarzy i smacznych wątków. Co weekend poznasz ciekawy przepis, zasłuchasz się w interpretacji wiersza i przyznasz, że jest cudem, dowiesz się, co w trawie piszczy - w polityce, kulturze, nauce.



W Magazynie Świątecznym:

Jo Nesbo: Bez przemocy byłoby trochę nudno
Zacząłem pisać książki, tak jak grać w piłkę nożną - bo miałem na to ochotę. Z Jo Nesbo rozmawia Katarzyna Bielas

Umberto Eco: O pożytkach z oglądania się za dziewczynami
Życie jest jak film z mojej młodości: wchodzimy, kiedy wiele rzeczy już się stało, i trzeba poznać to, co zdarzyło się przed naszym narodzeniem. Ale dziś, kiedy idziesz do kina, od razu ktoś bierze cię za rękę i mówi, co dzieje się na ekranie

Richard Flanagan: Uchodźcy z Syrii. Byliśmy błogosławieni
Elias, operator kamery, przestaje filmować. Robi łódkę z papieru dla małego Eida. - Popłyńmy nią do Niemiec - mówi Samir. Namiot przecieka, śnieżyca się wzmaga. Zostawiamy ich własnemu losowi, z ulgą wychodzimy w rozdeptane błoto na zewnątrz

Paulina Wilk: Dorosłe dzieci mają żal
Transformacja, arogancja władzy, wojny za progiem - to nie tłumaczy, dlaczego kulimy się w kącie z wyszczerzonymi zębami. Pora sięgnąć do książek zepchniętych na pobocze, bo zawalały autostradę do nieba

Jerzy Sosnowski: Doktryna i czułość
Ze słusznych obiektywnie norm nie wolno czynić kamieni, którymi rzuca się w innych

Horyzont. Andrzej Stasiuk
Co z ciebie za Polak, jak cię na rzyganie bierze, Andriusza? Toż to twój naród, a ty krew z ich krwi oraz kość z ich kości. Umarli, żebyś żyć mógł i bąki zbijać

Ignacy Karpowicz: Wielki Jork, małe życie
Nasze życie zawsze pozostanie małym i choćbyśmy sukcesami wspięli się ponad nasz początek - zawsze istnieć będzie coś większego. Tego nas uczy Nowy Jork

Jak oni piszą
Joanna Bator łapie zahaczki, Janusz L. Wiśniewski buduje wątki na basenie, Katarzyna Bonda marznie, Rafał Kosik ustawia czarny ekran i zielone litery

Diane Ducret: Praca, aborcja, ojczyzna!
Mężczyźni z rządowych ław nie potrafią poradzić sobie z bezrobociem, kryzysem i terroryzmem, więc chcą pokazać, że panują nad czymś najpotężniejszym: nad życiem



Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.