Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Makabryczny kilkuminutowy film, na którym trzyletni chłopiec przy dźwiękach muzyki uderza kotem o ściany i meble, za pośrednictwem serwisu YouTube obejrzało parę miesięcy temu kilka tysięcy ludzi. To właśnie dzięki osobom, które zbulwersowane nagraniem zgłosiły sprawę policji, znaleziono właścicieli dręczonego kota i odebrano go rodzinie. Okazało się, że autorem drastycznego filmu jest piętnastoletni brat trzylatka z Krakowa, który za namawianie go do dręczenia czworonoga trafił przed sąd dla nieletnich. Krakowskie Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami odebrało rodzinie także dwa psy i trzy koty.

- Weterynarz stwierdził brak przednich zębów u większości z nich oraz uszkodzoną skórę. Zwierzęta były przerażone, bały się ludzi, dopiero w domach tymczasowych nabrały ufności - mówiła o stanie zwierząt Dorota Dąbrowska, wolontariuszka pracująca w KTOZ.

Towarzystwo zwróciło się też do Wydziału Kształtowania Środowiska UMK z wnioskiem o tymczasowy odbiór wszystkich należących do rodziny zwierząt. Urzędnicy przesłuchali właścicieli, dzielnicowego i inspektorów KTOZ i nie stwierdzili podstaw do odbioru zwierząt. Jak tłumaczą, nie wiadomo dokładnie, w jakich okolicznościach zwierzęta straciły zęby, a zestresowanie jest naturalną konsekwencją przeniesienia ze znanego sobie miejsca do obcego.

Decyzja urzędników wywołała prawdziwą burzę. Internet obiegły zdjęcia kotki, "bohaterki" filmu "kot kaskader", z dopiskiem: "Niech każdy z nas napisze pismo do Urzędu Miasta Krakowa, aby zwierzęta nie wróciły do swoich katów. Razem możemy coś zdziałać! Pismo poślijcie drogą tradycyjną i mailową".

Do bojkotowania postanowienia urzędników ludzie z całej Polski zaczęli nawoływać w różnych portalach społecznościowych, przez SMS-y i pocztą pantoflową. "Jak można kazać zwierzętom wracać do domu sadystów, którzy się nad nimi znęcali? Ledwo trochę doszły do siebie po torturach, które zafundowała im ta okrutna rodzinka, ledwo przestały się tak bardzo bać człowieka, a teraz mają wracać do swoich katów?" - pisała jedna z osób, które dołączyły do protestu. Efektem akcji są tysiące e-maili i listów adresowanych do Samorządowego Kolegium Odwoławczego oraz do zastępczyni dyrektorki Wydziału Kształtowania Środowiska Ewy Olszowskiej-Dej, która zatwierdziła decyzję o zwrocie zwierząt. - Dotychczas dostaliśmy około tysiąca e-maili. Przyszło też trochę listów. 90 procent z nich zawiera podobną treść - są obraźliwe, pełne inwektyw pod adresem urzędników. Ponieważ wszystkie są podpisane, przygotowujemy na nie oficjalną odpowiedź - poinformował Jan Machowski z biura prasowego UMK. Co bardziej zbulwersowani dzwonią bezpośrednio do zastępczyni dyrektorki z pretensjami. - Rzeczywiście, było kilka telefonów. Głównie zaraz po ukazaniu się artykułów opisujących decyzję o zwrocie zwierząt - potwierdza Machowski.

Sprawę ma rozpatrzyć Samorządowe Kolegium Odwoławcze.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.