Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Pan Krystian przyjechał do Zakopanego z zachodniopomorskiego Myśliborza na długi weekend. W piątek o godz. 8 rano był już pod Rysami. Po drodze od turystów słyszał o grupie osób, która na najwyższy szczyt w Polsce "taszczyła na rękach psa" (w Tatrach obecność psów jest zabroniona, ze względu na dzikie zwierzęta żyjące w Tatrzańskim Parku Narodowym). Gdy dotarł na górę, przekonał się, że relacje przechodniów były prawdziwe. Na szczycie siedział maleńki kundelek i skamlał. - Był przerażony - opowiada mężczyzna.

Połączenie zostało zerwane

Dla psa zejście było za strome, musiał zostać. Stało się jasne, że właściciele go porzucili. Ktoś widział ich, jak zeszli na słowacką stronę. - Wszystkim było żal psiaka, ale nikt nic nie robił. Dopiero dwoje ludzi z Akademickiego Klubu Turystycznego "Watra" oraz fotograf podeszli do mnie i zaoferowali, żebyśmy wspólnie spróbowali pomóc zwierzęciu - opowiada pan Krystian. Pomoc oznaczała sprowadzenie psa na dół.

Pierwszy telefon wykonali do Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Jak twierdzą, nie chcieli, by TOPR wysyłał śmigłowiec czy grupę ratowniczą. - Chcieliśmy tylko, by ratownik dyżurujący w schronisku w Morskim Oku dostarczył nam jakiś kosz albo uprząż, dzięki czemu moglibyśmy bezpiecznie znieść w tym psa. Ale usłyszeliśmy, że oni się nie zajmują psami. Jak drugi raz dzwoniliśmy z tego samego numeru, to nas zrzucali - mówi pan Krystian.

Pomocy nie uzyskali też od Straży Ochrony Parku. - Nie udało się tam dodzwonić. Z jednym panem rozmawiałem chwilę, ale połączenie zostało zerwane. Nie próbował oddzwaniać, nie interesował go los zwierzęcia. W końcu rozładowały się nam telefony. - wzdycha pan Krystian.

Zaproponowano nam nocleg na podłodze

Wzięli więc to, co mieli, m.in. sprzęt wspinaczkowy - liny, taśmy, zrobili z nich prowizoryczną uprząż i ruszyli z psem na rękach w dół. Dali mu na imię Rysa. Początkowo próbowali go przenieść w plecaku, ale wyskakiwał. Na stromych odcinkach i tam, gdzie są łańcuchy, podawali go sobie z rąk do rąk. Dwa razy, trzymając go na rękach, poślizgnęli się. Z czasem pies im zaufał, ale momentami tak się bał, że zapierał się łapami, przytulał do skały i bał się iść dalej. Iść sam zdecydował się dopiero niżej, na ośnieżonym odcinku. Ich powrót do Morskiego Oka trwał prawie dziesięć godzin. Skończył im się zapas wody. Jedli topniejący śnieg. Wyczerpani byli w schronisku o godz. 22.

- Tam się okazało, że nie ma miejsc. Zaproponowano nam nocleg na podłodze, ale nie z psem. Chłopak o pseudonimie "Czaki" z Watry powiedział, że w takim razie on śpi z psem na zewnątrz. Jak rozłożył materac, to się dopiero nad nim zlitowali i przyjęli z czworonogiem - wspomina pan Krystian.

Dopiero nazajutrz Straż Ochrony Parku odebrała psiaka. Dlaczego nie odebrali zwierzęcia wieczorem, by "Czaki" nie musiał rozkładać materaca na kamieniach i prosić o nocleg, skoro w połowie drogi do Morskiego Oka jest leśniczówka, a samochody straży mogą dojeżdżać aż do schroniska? Komendant Straży Parku jest na urlopie. Jego zastępca miał do nas oddzwonić, ale tego nie zrobił. Pytamy ratownika Jakuba Hornowskiego, który dyżurował w piątek, czemu odmówiono grupie jakiejkolwiek pomocy.

Porzucenie psa jak znęcanie się nad zwierzętami

- Nasza organizacja zajmuje się ratowaniem ludzi, nie zwierząt. Nie prosili wcale o kosze czy uprząż, zresztą w Morskim Oku nie ma obecnie dyżurnego ratownika. Próbowałem pomóc inaczej: połączyłem się ze Strażą Ochrony Parku, ale połączenie się zerwało. Podałem więc numer stacjonarny - wyjaśnia. Tyle że z braku pomocy ze strony kogokolwiek, znosząc psa na rękach, turyści sami byli narażeni na wypadek. Czy w takiej sytuacji nie zasługiwali na pomoc? - Oni też zachowali się niefrasobliwie. Sam pewnie też bym pomógł psu, jakbym był na miejscu, ale z mojej strony nie byłoby to niefrasobliwe, bo mam umiejętności i sprzęt - odpiera argumenty Hornowski.

- Ustawa o ochronie zwierząt traktuje porzucenie psa jako znęcanie się nad zwierzętami. To najbardziej okrutne i jednocześnie najdziwniejsze porzucenie psa, o jakim słyszałam. Pies mógł umrzeć z głodu i wyziębienia na szczycie Rysów albo próbować schodzić i spaść w przepaść. Nawet jeśli by przeżył tę wędrówkę - mógł się zgubić w wysokich górach. To wydarzenie zwiastuje falę wakacyjnych porzuceń, którą obserwujemy każdego roku. - mówi Anna Plaszczyk z fundacji Viva! Międzynarodowy Ruch na rzecz Zwierząt.

Poznajesz? Daj znać

Przedstawiciele Vivy! chcą zgłosić sprawę do prokuratury, ale równocześnie poszukać Rysie domu. - Apelujemy do wszystkich, którzy rozpoznają psa lub mogą pomóc w odnalezieniu sprawców tego porzucenia, o kontakt z Fundacją Viva! mailowo: mok@viva.org.pl. Podczas długiego weekendu w Tatrach było wielu turystów - może ktoś sfotografował osoby idące w góry z psem? My ze swej strony skierujemy do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa - dodaje Plaszczyk.

Rysa trafiła prawdopodobnie do schroniska w Nowym Targu.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.