Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Słoń Bubi lubił zabawy ze swoim opiekunem. Wilhelm Skropke nauczył go różnych cyrkowych sztuczek. Bubi grał na harmonijce, odgadywał cyfry, a nawet rozwiązywał zadania matematyczne. Skropke pytał: - Bubi, ile to jest dwa dodać dwa? A Bubi podnosił głowę do góry i trąbił donośnie cztery razy, jak dobry uczeń w szkole. Publiczność była zachwycona, rzucała Bubiemu smakołyki i drobne monety. Bubi zajadał marchewkę albo jabłko, a drobniaki wsuwał Skropkemu trąbą do kieszeni.

- Fajne chłopaki - mówił pieszczotliwie Skropke o swoich "hindusach", czterech indyjskich słoniach, którymi opiekował się we wrocławskim ogrodzie zoologicznym.

Kto mieszkał w zoo

Do jesieni 1944 życie w zoo z pozoru toczyło się normalnie, front był daleko od wrocławskiego zwierzyńca. Każdego ranka Wilhelm Skropke uwijał się koło swoich słoni, a Heinrich Skropke krzątał się w małpiarni. Pewnie często przekomarzał się ze swoim ulubieńcem Moritzem, młodym szympansem, który przyszedł tu na świat.

Może Moritz był zadziorny jak Boze, jeden z bohaterów opowiadania Kornela Filipowicza "Egzekucja w zoo" i telewizyjnego filmu Jana Rutkiewicza pod tym samym tytułem, którego akcja dzieje się w czasie wojny w niemieckim ogrodzie zoologicznym? Boze był mądry i sprytny, ale na widok ludzi wpadał w zły humor, więc na jego klatce pracownicy ogrodu powiesili tabliczkę: Uwaga! Niebezpieczny dla otoczenia! Rzuca przedmiotami i pluje! Na tabliczce za wyrazem "pluje" czasem pojawiały się różne dopiski: "na ludzi", "wcale mu się nie dziwię", a nawet "na Fuehrera".



Richard Wiesner biegł do ptaszarni. Miał niedaleko, mieszkał w murowanym budynku koło głównego wejścia do ogrodu: na dole była kasa, a na piętrze jego dom - też pełen ptaków, bo nie mógł bez nich żyć. Koło wybiegu niedźwiedzi codziennie można było spotkać Waltera Schulera, którego wkrótce powołali do wojska. Po wojnie opowiadał, jak uczył swoje misie chodzić po grubej linie, podobno miały nawet wystąpić w programie trupy Camille Mayer w Berlinie. Wrocławianie znali również Paula Gramscha, opiekuna hipopotamów: Fritza, Pauli i Lorbasa. Gramsch też mieszkał na terenie ogrodu, zaraz obok słoniarni.

Prawa natury w zoo były silniejsze od wojny. Jeszcze latem 1944 roku w wielu zagrodach urodziły się młode: w lipcu małe jelenie i dwie antylopy, a "samiec emu został ojcem siedmiu młodych, które sam wysiedział". W sierpniu, jak donosiła "Schlesische Tageszeitung", przyszły na świat dwie pumy, dwa daniele i jeżozwierz. A jakim wydarzeniem były narodziny małego żubrzątka, potomka Frei i Puka!

Pewnie każdego ranka dr Martin Schlott, ostatni niemiecki dyrektor zoo, wyruszał na codzienny obchód swojego zwierzyńca. Tyle pracy i serca włożył w jego rozbudowę. Tuż przed wojną powstały wolne wybiegi skalne dla pawianów, niedźwiedzi, baseny fok i lwów morskich i nowoczesny dom antylop z pomieszczeniem dla żyraf. W ogrodzie mieszkało prawie dwa tysiące zwierząt, w tym wiele cennych okazów.

Czy nie było ratunku

Pierwsza bomba spadła na ogród 7 października 1944 roku. Trafiła w budynek kasy, gdzie mieszkał Wiesner. Ptasznik schował się do piwnicy. Gdy wyszedł, zobaczył wokół pobojowisko: drzewa połamane jak zapałki, lew z brązu stojący przy wejściu od 1884 roku pokruszony jak porcelanowa figura. Z mieszkania Wiesnera na piętrze niewiele zostało: przerażone ptaki wyfrunęły przez rozbite okna albo zginęły przywalone gruzem, niektóre jeszcze trzepotały się w zrujnowanych murach.

Dyrektor Schlott i pracownicy ogrodu schronili się w bunkrze za małpiarnią. Ale najgorsze dopiero miało nadejść. Przecież już latem 1944 roku władze hitlerowskich Niemiec wydały rozkaz, że miasto na wypadek obrony będzie twierdzą. Festung Breslau miał walczyć do końca, bez względu na cenę.

Może dr Schlott, spacerując po swoim gospodarstwie, myślał tak jak dr Eikene, dyrektor zoo z opowiadania Kornela Filipowicza i filmu Jana Rutkiewicza: "Jeżeli będzie gorzej, zapakujemy wszystkie zwierzęta na wagony, jak na Arkę Noego, i wywieziemy stąd. Mamy wobec zwierząt większy moralny obowiązek niż wobec bliźnich, bo odebraliśmy im wolność, bo są na naszej łasce"?

Jednak gdy na początku stycznia Armia Czerwona zbliżyła się do granic miasta, nikt nie myślał o Bubim, Moritzu czy Lorbasie. Kilkaset tysięcy przerażonych mieszkańców Wrocławia musiało opuścić miasto.

"O zorganizowaniu transportu dla zwierząt wobec panicznej, bezplanowej ucieczki setek tysięcy ludzi nie mogło być mowy - pisze w swojej historii zoo Horst Gleiss. - Nie starczyło wagonów kolejowych i ciężarówek dla ludzi, a cóż dopiero dla zwierząt. Zresztą gdzie w środku zimy można je było przechować? Inne niemieckie ogrody zoologiczne też musiały rozstrzelać swoje lwy, niedźwiedzie i tygrysy, bo mogły stać się niebezpieczne dla ludzi, gdyby wydostały się na wolność. Któż mógłby całe zoo spakować przez noc i wysłać? Tak więc zwierzęta zostały na miejscu. Przez 15 tygodni dzieliły los miasta...".

Kto zabił niedźwiedzie

Rozkaz przyszedł z dowództwa twierdzy prawdopodobnie w połowie lutego 1945 roku. Miasto otoczone ze wszystkich stron przez Armię Czerwoną było już w potrzasku - razem z mieszkańcami zoo.

Może brzmiał tak: "Zarządzam likwidację wszystkich drapieżników... Zadanie wykona pluton specjalny... Ciała zwierząt należy zakopać na terenie zoo... Heil Hitler!"?

Co mógł zrobić dr Schlott? Sprzeciwić się rozkazowi? Walczyć z komendanturą, narażając się na los wiceburmistrza Wrocławia, którego rozstrzelano za sianie defetyzmu? Może jak dr Eikene z opowiadania Filipowicza mówił do współpracowników: "To jest zbrodnia. Przykładamy ręce do zbrodni! Trzeba to mówić dowódcom tych żołnierzy. Prosić o odroczenie, powiedzieć, że będziemy apelować!".

Może jak Eikene chwycił jeszcze za telefon i próbował tłumaczyć wojskowym: - Przecież zwierzęta są niewinne! - A ludzie są winni? - usłyszał w słuchawce dr Eikene.

Oddziałem saperów dowodził lekarz, porucznik Herbert Kraeker. Po latach opisał masakrę w zoo w swoich wspomnieniach, do których sięgnął Horst Gleiss: "Przed nami nasze ukochane zoo - pisał dr Kraeker. - Dyrektor Martin Schlott przywitał nas przygnębiony i smutny. Skierowaliśmy się najpierw ku wilkom, padły na miejscu trafione strzałami karabinowymi z bliskiej odległości. Bystro i nieufnie mierzyły nas wzrokiem, stały nieporuszone...".

Następne były niedźwiedzie, wśród nich mały Max, którego dyr. Schlott przez wiele miesięcy wychowywał w swoim domu. Na widok ludzi podeszły do rowów oddzielających wybieg od publiczności. Jak zwykle stanęły na łapach, prosząc o smakołyki. Ale zamiast łakoci posypał się na nie grad kul: "jedna drasnęła grubą skórę, druga trafiła w sam środek głowy, krew buchnęła z nosa i pyska...".

Nie wszystkie zginęły od razu, przerażone hukiem pochowały się za skałami. Niedźwiedzica Lola wcisnęła się głęboko do swojej jamy. Żołnierze podstępem wypędzali zwierzęta z kryjówek, podsuwając pod nos łakocie zawieszone na metalowym kiju. Więc wychodziły, znów ufnie stawały na łapach. I znów seria z karabinów przeszywała parkową ciszę.

Potem przyszła kolej na niedźwiedzie polarne - białe futra pokryły się czerwienią. "Dyrektor Schlott stał trupio blady, z twarzą odwróconą od zwierząt - opowiadał Kraeker - łzy płynęły mu po policzkach, dzieło jego życia ulegało zagładzie".

Dyrektor Eikene z opowiadania nie chciał być świadkiem egzekucji, włożył do uszu tampony z waty. Zrozumiał: "Zło jest niepodzielne. Tylko ja nie chciałem go widzieć ani słyszeć. Zamykałem oczy, zatykałem uszy - dla świętego spokoju".

Oddział egzekucyjny przeładował karabiny. Niedźwiedzie himalajskie stały wyprostowane jak struny, jakby czekały na swój los.

Na koniec lwy. Potem lamparty. Tygrysy. Wszystkie "padły od bliskich strzałów".

Jak zginął Bubi

Dopiero gdy żołnierze opuścili zoo, Lola wyszła z kryjówki. Uratowała się cudem. Może nie lubiła słodyczy? Pracownicy ogrodu ukryli ją tak dobrze, że doczekała kapitulacji twierdzy. Nie znaleźli jej nawet żołnierze, którzy 30 marca po raz drugi przyszli do ogrodu, żeby zabić zwierzęta. Tym razem wyrok padł na słonie. Ktoś z komendantury uznał, że cztery gruboskórce też mogą zagrażać ludziom.

Oddział egzekucyjny celował precyzyjnie: z bliskiej odległości, za ucho. "Chłopcy" Skropkego z łoskotem padali na piasek. "Jeden klęknął na kolana, jakby chciał błagać o łaskę, potem przewrócił się i on" - opisuje Gleiss.

Może to był Bubi? Pracownicy wykopali na wybiegu głębokie doły i pogrzebali go razem z innymi "hindusami".

Wilhelm Skropke nie cierpiał z powodu śmierci swoich ulubieńców. Kilka dni wcześniej odłamek pocisku przeciwpancernego trafił go w głowę, gdy na wybiegu dla słoni karmił swoje pupile. "Umarł w szpitalu 24 marca, ciało zapakowane w papierowy worek zostało pochowane w masowym grobie na Benderplatz [czyli dzisiejszym placu Staszica]" - pisze Horst Gleiss.

Zoo umierało. Zabijały je bomby i granaty. Zimno, głód i strach.

Niedaleko wejścia do ogrodu od strony Odry Niemcy ustawili artylerię przeciwlotniczą. Jeden z danieli, przerażony nagłym hukiem, w panicznym strachu roztrzaskał sobie głowę o kratę.

W parku Szczytnickim, jak w rajskim ogrodzie, śpiewały ptaki, które wyfrunęły z uszkodzonych klatek. Ale szybko ucichły.

Hipopotamy Paulę i Fritza zabił granat, który wpadł do słoniarni. Zdemolował również mieszkanie Paula Gramscha.

21 marca samolot zrzucił bombę na wybieg jeleni i wielbłądów, siejąc śmierć.

W środku piekła znów stał się cud. W rodzinie żyraf przyszło na świat młode. Trina po 15-miesięcznej ciąży urodziła córkę. Dyrektor Schlott dał jej na imię Christel. Ale szczęście nie trwało długo, 13 kwietnia granat przeciwpancerny uderzył w pawilon żyraf. Uratowała się tylko Baerbel. Trina i samiec Jockel akurat stali przy żłobie, zginęli na miejscu. Ranna Christel żyła jeszcze cztery dni. Pracownicy próbowali zastąpić jej matkę, karmili kozim mlekiem i odżywką Nestle, ale nie było ratunku.

Gdzie pojechała Lola

Twierdza padła w maju, ale to jeszcze nie był koniec męki zwierząt. Wrocławski zwierzyniec był w opłakanym stanie: zniszczone budynki, pokaleczone drzewa, na skwerach głębokie leje po bombach. Z ponad dwóch tysięcy mieszkańców zoo ocalała garstka - około 200 sztuk. Odeszli Niemcy, przyszli czerwonoarmiści. Przez kilka dni rządzili niepodzielnie w mieście. W zoo panoszyli się maruderzy i szabrownicy, wykradali ptaki i drobne zwierzęta, strzelali do kaczek pływających po stawie.

- Podobno jedną z małp dla zabawy zaciągnęli do kościoła na Sępolnie, żeby zobaczyć, jak zareagują ludzie - opowiada dyr. Antoni Gucwiński.

Ktoś brutalnie zamordował Georga Reisenera, opiekuna małych drapieżców, leżał na schodach swojego domu. Wcześniej był przesłuchiwany przez czerwonoarmistów, bo znaleźli u niego niemiecką czapkę wojskową i flagę ze swastyką. Pochowali go na Sępolnie.

"Na początku czerwca - pisze Gleiss - dr Schlott otrzymał rozkaz przygotowania zwierząt do transportu. W kilka dni później zjawili się przedstawiciele ogrodów zoologicznych z Łodzi, Poznania, Warszawy i Krakowa z wielkimi skrzyniami, rozkazali niemieckim pielęgniarzom połapać zwierzęta i zapędzić do środka".

Moritz nie chciał się rozstać ze swoim opiekunem Heinrichem Skropkem, tylko od niego przyjmował pożywienie, więc Skropke o mały włos nie pojechał z szympansem do Łodzi. Niedźwiedzica Lola trafiła do Krakowa, żyrafa Baerbel i hipopotam Lorbas do Poznania, żubrzyca Beste najpierw do Łodzi, a potem do Białowieży.

Pracownicy poznańskiego ogrodu omal nie zginęli podczas przewożenia niezwykłego ładunku. - Ledwo wyjechali z Wrocławia, zatrzymał ich radziecki patrol - opowiada dyr. Gucwiński. - Żołnierze zobaczyli wielkie skrzynie, więc pomyśleli, że to pewnie jadą szabrownicy. Ściągnęli wszystkich z samochodu i ustawili do egzekucji, żeby przejąć skarby. Na szczęście jeden z konwojentów (późniejszy profesor Uniwersytetu Poznańskiego) przypomniał sobie rosyjskie słowo: biegiemot, czyli hipopotam. Zaczął tłumaczyć, że biegiemot potrzebuje wody. Dopiero wtedy czerwonoarmiści zajrzeli do środka. Gdy zobaczyli, że to zwierzęta, wsiedli do samochodu i konwojowali je razem z Polakami do samego Poznania.

Co się stało z Moritzem

W zwierzyńcu zapanowała głucha cisza. Wrocławski ogród, założony w 1865 roku, po raz drugi w swojej historii przestał istnieć. Pierwszy raz został zamknięty w 1921 roku z powodu powojennego kryzysu gospodarczego. - Decyzję o wywiezieniu zwierząt z Wrocławia podjęły już polskie władze miasta - mówi dyr. Gucwiński. - Zwierzęta poszły do innych ogrodów, bo nasze zoo było bardzo zniszczone.

Może władze chciały pozbyć się kłopotu, a może myślały, że w innych ogrodach zwierzętom będzie lepiej? Karol Łukaszewicz, pierwszy powojenny dyrektor zoo, pisał po latach: "W wyniku źle pojętej zapobiegliwości wywieziono je z Wrocławia do innych ogrodów, gdzie trafiły trochę ? z deszczu pod rynnę ?".

Sławny szympans Moritz nie zadomowił się w Łodzi, padł tego samego roku. Może wciąż nie chciał przyjmować jedzenia od innych opiekunów, chyba tęsknił za Heinrichem Skropkem. Żyrafa Baerbel nocowała w poznańskim zoo pod gołym niebem, nabawiła się zapalenia płuc i umarła. Strata była niepowetowana. Następna żyrafa, wtedy jedyna w Polsce, przyjechała do Wrocławia dopiero w 1957 roku.

- Pamiętam, że gdy dyr. Łukaszewicz opowiadał nam o żyrafach, oglądaliśmy je tylko na jego rysunkach. Wspaniale rysował - wspomina dyr. Gucwiński, który akurat w 1957 roku kończył studia w Krakowie. Tuż przed egzaminem dyplomowym dostał propozycję pracy we Wrocławiu. - Wziąłem walizkę, czajnik, jedną koszulę i przyjechałem.

Gdy zwierzęta opuściły zoo, dyr. Schlott już nie przychodził do swojego biura. Razem z pielęgniarzami, którzy ocaleli z wojny, został skierowany do pracy fizycznej w ogrodnictwie miejskim, potem trafił do Muzeum Zoologicznego, gdzie przez kilka miesięcy porządkował śląskie zbiory. Podobno któregoś dnia jesienią przechodził przez ogród i zobaczył kormorany, które w czasie oblężenia uciekły z ogrodu. Długo krążyły nad swoim dawnym gniazdem, jakby chciały wrócić.

Dyrektor Schlott wyjechał z Wrocławia w marcu 1946 roku, wkrótce został dyrektorem zoo w Wuppertalu, zmarł nagle na zawał serca w 1950 roku. Miał 58 lat.

Kto odbudowywał ogród

Może gdyby nie Wystawa Ziem Odzyskanych i wyjątkowa zapobiegliwość naukowców Uniwersytetu Wrocławskiego - którzy w zoo widzieli nie tylko instytucję dostarczającą rozrywki, ale głównie bezcenną placówkę naukową - wrocławski zwierzyniec pozostałby częścią poniemieckiej historii miasta i nigdy nie wróciłby do życia.

- Przy organizowaniu wystawy nie wiadomo było, co zrobić z tą ruiną - opowiada dyr. Gucwiński. - Wtedy profesorowie uniwersytetu Gustaw Poluszyński, Kazimierz Sembrat i Kazimierz Szarski podpowiedzieli władzom miasta: "Może odbudujemy zoo!". Władze podchwyciły pomysł, Uniwersytet przejął ogród pod swoje skrzydła i tak ruszyły przygotowania do otwarcia - trzeciego już w dziejach tej placówki, co jest ewenementem w świecie.

Profesor Sembrat sprowadził z Krakowa Karola Łukaszewicza, swojego kolegę ze szkoły, wielkiego miłośnika zwierząt. Zasiedziały krakowianin jechał na niepewne, ale stare, prawie stuletnie zoo tak go urzekło, że pozostał tu do końca życia.

Dyrektor Łukaszewicz przyjechał do Wrocławia w 1947 roku. Co zobaczył w ogrodzie? "Rozwalone budynki i urządzenia, okna bez szyb, spalone i postrzelane kikuty drzew, pnie leżące w poprzek ścieżek, na trawnikach zoo groby i pokrzywy, na wybiegach ziemniaki i pomidory, w ptaszarni rozwieszona bielizna, w pawilonie antylop mieszkający ludzie, a w bibliotece ogrodu zamiast książek worki z kaszą i połcie słoniny" - wspominał.

Największym utrapieniem byli prywatni hodowcy, którzy w dawnych pomieszczeniach zwierząt tuczyli świnie i gęsi, wykorzystując siatki wymontowane z ptaszarni.

Łukaszewicz z kilkoma pomocnikami zaczął od porządków. Stalowymi szczotkami przez wiele miesięcy czyścili i łatali siatki, w niektórych było po 150 dziur po kulach. O nowych nawet nie było co marzyć. Dopiero wiosną ruszyły grubsze remonty, termin otwarcia zoo zbliżał się, musieli więc zdążyć na czas. W czerwcu i lipcu można już było przywieźć do domu dawnych mieszkańców zoo, oddanych po wojnie na sublokatorkę do innych miast. Okazało się jednak, że to nie jest takie proste. Niektóre ogrody potraktowały wrocławskie zwierzęta jak "dar albo łup wojenny". - Ze 167 zwierząt oddanych w depozyt wróciły tylko 62 - podliczał dyr. Łukaszewicz.

Dlaczego Wrocław walczył z Łodzią

- Ogród zoologiczny w Poznaniu zajął wobec Wrocławia stanowisko prawdziwie koleżeńskie - wspominał dyr. Łukaszewicz. - Zwrócono nam ogółem 25 sztuk. Zwierzyniec w Lesie Wolskim w Krakowie oddał niedźwiedzicę Lolę, rysia, dwie bizonice i podarował dwa wilki. Najgorzej ustosunkowało się do zwrotu zwierząt ówczesne kierownictwo ogrodu w Łodzi.

Z powodu zwierząt między Wrocławiem a Łodzią wywiązała się zoologiczna wojna, zwłaszcza na łamach lokalnej prasy. "Słowo Polskie" piórem felietonisty Sułka rozpoczęło bój o zwrot depozytu, zarzucając Łodzi pazerność, że chce zachować dla siebie cały przychówek, a do Wrocławia oddać samych emerytów.

Łódź wyliczała na łamach "Dziennika Łódzkiego", ile kosztowało ją utrzymanie wrocławskich zwierząt, że wydała na nie więcej, niż były warte, uratowała od głodowej śmierci. Zarzucała Wrocławiowi, że od 1945 roku nie interesował się byłymi lokatorami zoo.

Dyrektor Łukaszewicz odpowiadał w "Słowie": "Zwierzętom nie groziła śmierć głodowa. W ogrodzie było 70 tys. worków owsa. Wartość naszych zwierząt wynosiła przeszło 30 mln, a maksymalne koszty żywienia mogłyby wynosić 15 mln. Jednakże koszty te są niższe, bo zwierzęta nasze w łódzkim zoo przeważnie wyginęły w 1945 i 46 roku. Straciliśmy w Łodzi najcenniejsze okazy. Od 1945 roku upominaliśmy się bezskutecznie o pokwitowanie, a od sierpnia 1947 roku upominamy się o ich zwrot. (...) Ogród w Łodzi przesłał nam 55 sztuk, ale lew Astor nie jest darem, musieliśmy na niego podpisać cyrograf. Łódź przysłała nam 20 świnek morskich, 9 papużek falistych, 3 gęsi, 4 kaczki, a więc 37 sztuk o wartości niemal groszowej. Pozostałych 17 sztuk też nie stoi w żadnym stosunku do 167 okazów wywiezionych z Wrocławia, bo stanowi wartość około miliona złotych".

Jak zaczęło się nowe życie

Wreszcie otwarcie - 18 lipca 1948 roku, prawie w przeddzień inauguracji Wystawy Ziem Odzyskanych. Wzruszenie wielkie, zebrani śpiewają "Rotę", wstęgę przecina prof. Stanisław Kulczyński, rektor Uniwersytetu Wrocławskiego. Entuzjastyczne relacje w prasie: "Tysięczne tłumy, które przyszły na otwarcie, przekonały wątpiących, że ogród jest potrzebny. (...) Chociaż dwie kasy sprzedawały bilety, w południe stał długi ogonek czekających".

W dniu otwarcia kolekcja była skromna - zaledwie 150 zwierząt (dzisiaj mamy prawie sześć tysięcy), w tym wiele krajowych, np. sarny, daniele, jelenie, borsuki, kuny. Jednak w pierwszym roku zoo odwiedziło ponad 300 tys. osób. W 1954 roku wrocławski ogród osiągnął najlepszą frekwencję... w świecie, o czym napisało międzynarodowe czasopismo "ZOO-News". Szybko znalazł się w światowej czołówce.

Hipopotam Lorbas i niedźwiedzica Lola dożyli we Wrocławiu sędziwej starości. Lola w połowie Europy ma swoich potomków. - Przez 11 lat rodziła zawsze o tej samej porze, z 6 na 7 stycznia - opowiada dyr. Gucwiński.

W ogrodzie pojawili się też nowi lokatorzy: w 1952 roku pierwsza w Polsce para małp człekokształtnych - orangutany Romeo i Cato, potem pierwsza w Polsce żyrafa. W 1956 r. rodzą się pierwsze lamparty własnego chowu, w roku następnym pierwsze tygrysy i pumy, rozwija się dział ptaków, akwarium, dział płazów i gadów. Dyrektor Łukaszewicz szczyci się cennym okazem żaby rogatej, która kiedyś, wypożyczona przez Walta Disneya, pozowała do filmu w Los Angeles, a teraz przyjechała do Wrocławia na artystyczną emeryturę.

W latach 50. przybyła do Wrocławia pierwsza słonica indyjska Kama. Zamieszkała w dawnym domu Bubiego. - Gdy wyszła na wybieg, zaczęła ryczeć i kopać w ziemi - opowiada dyr. Gucwiński. - I wie pani, że dokopała się do kości tamtych rozstrzelanych słoni!



Korzystałam m.in. z: Horst Gleiss "Chronik des Zoologischen Gartens Breslau 1865-1965, Unter Robben, Gnus und Tiegerschlangen", Natura und Patria Verlag Wedel bei, Hamburg 1967, tłumaczenie ze zbiorów Działu Dokumentów Życia Społecznego Ossolineum; Karol Łukaszewicz "Dziesięciolecie Ogrodu Zoologicznego we Wrocławiu", w piśmie "Wszechświat" z 1958; Antoni Gucwiński "Wrocławski Ogród Zoologiczny", w "Kalendarzu Wrocławskim" 1973; Kornel Filipowicz "Egzekucja w zoo" ze zbioru opowiadań pt. "Co jest w człowieku?", Czytelnik 1971, oraz z wydań "Słowa Polskiego" z 1948 r.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.