Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
To standard klasy średniej: parki przypominają klocki Lego, wszystko jest podzielone na wyraźne sektory, drzewa są przystrzyżone, spadłe gałęzie usuwane. Park jest martwą, sztuczną przestrzenią, makietą przyrody, nie zaś miejscem z nią kontaktu.

Jedyne niekontrolowane w pełni życie wprowadzały do niego biegające i cieszące się psy, no i oczywiście ludzie. Teraz jednak czworonogi tracą coraz więcej ze swoich praw. W wielu parkach umieszczono zakazy wstępu z psami (na podstawie jakiego przepisu, nie wiadomo, nieznana mi jest jakakolwiek uchwała rady miejskiej ograniczająca obywatelom miasta wejścia ze zwierzęciem do parku), a tam, gdzie to jeszcze możliwe, są wydzielane psie toalety (co dla kogokolwiek mającego psa jest oczywistym absurdem). Gazeta zaś publikuje, żebym nie skłamał, szósty list czytelnika, w którym znaleźć możemy nawoływanie do ograniczenia "psiego rozpasania".

Dziecko to doskonały fetysz

Charakterystyczne jest, że argumentem jest zawsze bezpieczeństwo dziecka. Gdy trzeba zastosować mechanizm wykluczenia, opiera się to często na zasadzie "krzywdzą dzieci". Muzułmanie - jak głosi demonizująca narracja - wycinają dziewczynkom łechtaczki, Romowie - zmuszają dzieci do ślubów w wieku atrakcyjnym dla pedofilów, Żydzi, jak wiadomo, zabijają niemowlaki na macę, geje czają się na naszych synów, a weganie głodzą potomstwo, aż ginie ono marnie.

Nie ma to oczywiście najczęściej żadnego potwierdzenia w weryfikowalnych faktach, ale co tam, to argument prewencyjny, chroniący nasze najcenniejsze dobro, zanim jeszcze pojawi się przeciwko niemu nawet potencjalny występek ze strony złego "obcego". Ograniczmy prawa innych, zamknijmy im dostęp do miejsc i możliwości, bo niewątpliwie czają się tylko na nasze dzieci. Bardzo rasistowski schemat, bardzo mieszczański.

Dziecko to doskonały fetysz, wielce w Polsce hołubiony, bo w rzeczy samej "towar" rzadki. Przyrost naturalny jest tak niewielki, że dzieci mają głównie bogatsi (bo ich stać) i najbiedniejsi (bo i tak wielce nie zbiednieją od posiadania potomka). Klasa średnia dziecko planuje jak projekt - jeśli już muszę się rozmnożyć, to owo dziecię jedynak musi być wolne od wszelkich zagrożeń, nawet tych wyimaginowanych. Pedofil nie dosięgnie go na strzeżonym osiedlu, domofon i ochrona zatrzymają złodzieja i chuligana, groźną naturę psa powstrzyma smycz i kaganiec.

Nic to, że badania socjologiczne nie potwierdzają tych zagrożeń. Pedofile to kolejno najczęściej: ojcowie, ojczymowie, potem dziadkowie, wujkowie, bracia, siostry i na końcu matki. Raczej mitem jest zboczeniec krążący pod szkołą z torebką cukierków, który kusi do bramy czy samochodu niewinne dziatki. Jeśli już próbują skusić jakieś dzieci, to są to raczej dzieci z rodzin dysfunkcyjnych, często dotkniętych biedą, a nie wymuskane, uczęszczające na korepetycje i balet jedynaki z klasy średniej.

Zaburzenie sztywnego porządku

Mieszczanin lubi się odgrodzić, wytyczyć mur, założyć zamki, wiedzieć, że ma na dzikim świecie swoją enklawę. Statystyki nie potwierdzają jednak skuteczności grodzenia - w Wielkopolsce policjanci porównali statystyki z zamkniętego osiedla z podobnym, ale bez ochrony i szlabanów. Wnioski: na strzeżonym było cztery razy więcej kradzieży i włamań oraz siedem razy więcej przypadków zniszczonego prywatnego dobytku. Dlaczego? Otóż nie ma lepszego alarmu niż gderliwa starsza sąsiadka, wścibskie dzieciaki bez zajęć pozalekcyjnych i bezrobotny stojący z kolegami w bramie - więzi sąsiedzkie najlepiej powstrzymują złodzieja.

A na osiedlach strzeżonych wszystko jest, poza więziami społecznymi. Ludzie się nie znają, nie budują wspólnej przestrzeni, zamykają się w domach i korzystają z wolności, która z racji izolacji i strażników w mundurach ma więcej z luksusowego więzienia niż domu.

Psy to jeden z niewielu nieco bardziej "dzikich" elementów w naszym środowisku. Kręcą się po podwórku, puszczają gazy, kiedy im się podoba, i sikają gdzie popadnie. To czyni je niewątpliwie zaburzeniem sztywnego mieszczańskiego porządku. Czy jednak lęk przed nimi jest uprawniony ludzką niewiedzą? Popatrzmy na dane liczbowe: szansa bycia zabitym przez psa jest jak 1 do 18 milionów, czyli łatwiej jest trafić w Lotto główną wygraną niż być zagryzionym. Pięć razy łatwiej zginąć człowiekowi od uderzenia pioruna, a nie drżymy jakoś przy byle deszczu.

Kapcie są bardziej niebezpieczne

W stosunku do dzieci psy mogą czasem być groźne, ale dane wykazują, że groźniejsze od psów dla naszego potomstwa są kolejno: schody prowadzące na werandę, kuchenne narzędzia i przybory, wózki dziecięce, kuchenki, kable do lamp, rogi stoliczków do kawy, choinki czy balony lub kapcie (rys. 2). Tak, kapcie. Liczba obrażeń spowodowanych przez kapcie wyniosła w Stanach w 2000 roku 64974, podczas gdy psy spowodowały 62743 przypadki obrażeń. Tu może zaraz paść argument, żeby nie porównywać skręconej kostki do twarzy dziecięcia wpółzjedzonej przez oszalałego brytana. Jednak z ogólnej liczby pogryzień 92,4 proc. nie wywołało żadnego uszczerbku na zdrowiu. Nie da się ukryć, że nieporównywalnie większe zagrożenie dla dzieci rodzi wyposażenie placów zabaw, deskorolki, rowery, boiska piłkarskie czy baseny pływackie. Niebezpieczeństwo, które dla dzieci stanowią ich właśni ojcowie, matki, siostry, bracia, ciotki, wujowie, przyjaciele (czyli ogólnie pojęci ludzcy opiekunowie), jest ok. 80 razy większe od zagrożenia płynącego od psów (rys. 2).

Pozwoliłem sobie przeanalizować kilkadziesiąt przypadków pogryzień dzieci przez psów. Wyłania się obraz ogromnych zaniedbań, i to głównie ze strony rodziców. Do większości przypadków ostrzejszych pogryzień, o których donosi prasa, doszło na wsiach i w małych miejscowościach. Schemat jest wszędzie podobny - małe dziecko, najczęściej pozbawione opieki rodziców, wchodzi na teren strzeżony przez psa, podwórko, zagrodę, psi boks i chce nawiązać z psem kontakt. Pies przyuczany do pilnowania posesji, szkolony, żeby odganiać obcych i trzymany często w zamknięciu - które staje się dla niego własnym rewirem, rozpoznając w obcym zagrożenie, rzuca się, aby bronić gospodarstwa/gospodarza i gryzie.

Gryzą psy znajome

Sami uczymy psy agresji, chcemy mieć skutecznych stróżów, przykuwamy je łańcuchami do bud, jesteśmy wobec nich agresywni i dziwimy się, że nauczone przez nas postępują dokładnie tak, jak sami je uczymy. Ba, mamy do nich za to pretensje. Do tego nie jest to najczęściej pies nieznany, obcy. Zazwyczaj gryzie pies należący do rodziców, dziadków i to oni są winni nie tylko niedopilnowania dziecka, ale i złego prowadzenia psa, który w biegnącym do dziadka wnuczku widzi napastnika.

"Gdy małoletnia chciała go pogłaskać, zwierzę ugryzło ją w twarz"; "Pięciolatek bawił się z rodzeństwem w pobliżu swojego domu. W pewnym momencie podszedł do przywiązanego do budy"; "Gabryś podszedł do kojca psa i prawdopodobnie w ramach zabawy chciał mu zabrać kość"; "Do wypadku doszło, gdy pozostawione bez opieki dziecko podeszło do uwiązanego na łańcuchu czworonoga"; "chłopiec raczkował po mieszkaniu pełnym ludzi. Byli tam między innymi rodzice, dwie babcie, rodzeństwo. W pewnym momencie zaatakował go pies, prawdopodobnie amstaff, należący do rodziny" i tak dalej, i tak dalej, i tak dalej, a to tylko wyimki z kilku artykułów. Do kogo mieć pretensje? Chyba jednak nie do psów.

Wśród psów podobnie jak wśród ludzi zdarzają się jednostki zaburzone, skrzywdzone i agresywne. Nie znaczy to jednak, że, z racji obecności w naszym społeczeństwie bandytów, powinniśmy zawiesić zaufanie do innych przedstawicieli naszego gatunku i zabarykadować się w czterech ścianach. Podobnie jak nasze społeczeństwo składa się w ogromnej większości z ludzi uczciwych i sympatycznych, tak większość psów w mieście to spokojne poddtyte i znudzone ciapki i nic nam z ich strony nie grozi. Chcą biegać za piłką, najadać się do syta i dużo spać na kanapie bądź w kojcu.

Prywatne lęki

Dzięki firmowaniu szyldem "Gazety" historii z listów czytelników i czytelniczek powstaje wrażenie, oparte tylko na prywatnych lękach, pojedynczych zadrażnieniach, że pies pozbawiony kagańca, smyczy i poza wydzieloną dla zwierząt częścią parku stanowi jakieś poważniejsze zagrożenie dla ludności. Jest to równie absurdalne jak to, że dajmy na to Eskimos popchnął mnie w kolejce, a słyszałem też, że gdzieś tam na wsi, nie wiem dokładnie, Eskimos zabił dziecko, to wszyscy Eskimosi muszą być prowadzani na smyczach i w kagańcach.

Czy krokiem dalej dla mieszczan jest oznaczanie byłych osadzonych (bo mogą być groźni) osób z rodzin osadzonych (wiadomo, zła krew), a może idźmy dalej w ten absurd, przecież są nacje stereotypowo kojarzone z jakimś działaniem, może nie powinniśmy ich przedstawicieli wpuszczać do pięknego miasta? Przepraszam, ale jeśli mnie kiedyś okradli ludzie jakiejś tam narodowości, nie znaczy to, że chce ich z Polski deportować, tylko pragnę, by ukarano konkretnego złodzieja, nie ich całą nację, generalnie, jak każda nacja, składającą się z porządnych ludzi. Z psami jest podobnie. Czysty mechanizm odpowiedzialności zbiorowej to zawsze granda.

Niestety równie wątłych przesłankach opiera się chęć wykluczenia psów z przestrzeni miejskiej, do której jako raczej niegroźne istoty żywe mają prawo. A jeśli nawet bodzie kogoś nieantropocentryczna wizja relacji ze zwierzęciem, to może odwołajmy się do kolejnego polskiego fetyszu - prawa własności. Okazuje się, że jedna grupa obywateli pragnie na podstawie wątpliwych przesłanek ograniczyć prawo do dysponowania własnym psem. Osobiście nie jestem fanem tego argumentu, ale w zasadzie, prawniczo rzecz biorąc, nie zachodzi tu przesłanka bezpieczeństwa publicznego, bo większe zagrożenie stanowią dla ludzi wiaderka na wodę, ślizgawki czy balony ( rys. 2), a posiadania i używania tychże nie ograniczają jakiekolwiek przepisy.

Ale kupę trzeba sprzątać

Tak naprawdę głównym zagrożeniem, jakie płynie z psów w mieście, jest wdepnięcie w ich kupę, więc ja również pozwolę sobie uczynić ważki apel - mili opiekunowie czworonogów, zbierajcie po nich odchody, naprawdę nie różnią się tak bardzo od naszych. Swoje też wyrzucalibyście na chodnik? To tyle, nic więcej. I wyluzujcie z tymi listami o psach, bo to naprawdę śmieszne, jak dorośli ludzie popadają w kompletnie nieuprawnioną w faktach spiralę lęku. Pies naprawdę nie ma ochoty was zagryźć czy poturbować. Warknięcie nie oznacza chęci ataku, a dziecko próbujące psu włożyć palec do oka, pociągnąć za ogon czy biegnące z krzykiem w jego kierunku nie jest dla mnie wcale rzadkim widokiem.

Za rzadkie objawy agresji psów odpowiadają przede wszystkim fatalne warunki życia, braki socjalizacji i edukacji i pseudohodowle, gdzie "produkuje się" zwierzęta, a nie je wychowuje.

Odpowiedzialny jest zawsze człowiek - albo za wychowanie psa, albo zaczepianie zwierzęcia. Pies to nie wazonik. On żyje, jest istotą. Od prowadzących samochód, mechaniczne urządzenie, wymagamy prawa jazdy, czyli w domyśle wiedzy o funkcjonowaniu urządzenia i znajomości "instrukcji obsługi". Od opiekuna psa takiej wiedzy nikt nie wymaga.

Może więc zamiast akcji "nie spuszczaj psa ze smyczy" zajmiecie się, drodzy współobywatele i drogie media lokalne, dużo lepszą akcją. Nazwijmy ją roboczo "wychowaj swojego psa i zostaw cudzego w spokoju". Dużo lepsza niż zakazy będzie nauka dzieci właściwych zachowań wobec psów, stworzenie lepszych warunków hodowli i dobry trening, jeśli już koniecznie coś trzeba z psami robić. Zamiast panikować - wykorzystujmy swoją wiedzę, zamiast zaniedbywać - szkolmy.

Szerzej o zagrożeniu, jakie rodzą psy

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.