Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Pierwsze i chyba najważniejsze: Wrocław nie jest miastem przystosowanym dla psów. Poza terenem wydzielonym przy parku na Staszica nie słyszałam o żadnym tego typu miejscu. Fakt, na św. Macieja jest 'toaleta' dla psów, ale strach się nawet do niej zbliżyć. Osiedlowe trawniki naszpikowane są tabliczkami "Zakaz wprowadzania psów", które nie mają prawnego uzasadnienia. Brakuje dystrybutorów worków na psie kupy, a kubły na nie często są przepełnione w związku z wciskanymi do nich workami ze śmieciami i butelkami po piwie. Naprawdę trudno we Wrocławiu wyjść z psem tak, żeby nikomu się nie narazić.

Jako właścicielka dziewięcioletniego już psa doskonale znam ten problem. Przez te lata naprawdę niewiele się zmieniło w mentalności wrocławian. Starsi ludzie traktują mnie jak gówniarę, używając mniej lub bardziej niecenzuralnych słów, próbują przegonić mnie z trawnika przy ich domu do sąsiada. Mam nawet na koncie atak działkowych pomidorów rzucanych z balkonu i wbrew pozorom, to wcale nie było śmieszne. Wcale nawet nie chodzi o kupy, których 95 proc. sprzątam. Chodzi o to, że skoro to mój pies, to powinnam go zabrać pod swoje okna, poczekać, aż się załatwi, zabrać z powrotem do domu i niech tam siedzi.

Odpowiedzialny właściciel psa zabiera go co najmniej raz dziennie na długi spacer, a najlepiej, żeby były to nieszablonowe spacery: po okolicy, do parku, do parku na drugim końcu miasta (tak, ta opcja uwzględnia podróż tramwajem) oraz do centrum miasta, może nawet do restauracji (tak, do niektórych można). Pies musi być częścią społeczeństwa, w którym żyje. Musi znać w nim swoje miejsce i musi mieć odpowiednią ilość ruchu. Nie od dziś wiadomo, że pies zmęczony to pies szczęśliwy. Agresja u psów bierze się przede wszystkim z braku ruchu z domieszką błędów w wychowaniu. Doniesienia prasowe zazwyczaj przedstawiają sytuacje, w których pies całe życie spędził w kojcu na podwórku. Tu odsyłam do listu mieszkańca Krakowa, który przedstawia statystyki wypadków jako takich z uwzględnieniem zajść z psami.

Oczywiście nie popieram agresywnych zachowań właścicieli psów (sama proszona o wzięcie psa na smycz robię to, ale po chwili, gdy przejdę kawałek dalej, z powrotem spuszczam zwierza), ale doskonale znam tę frustrację, kiedy uwagi zwracane są niekulturalnie, czasem z naruszeniem mojej nietykalności, a często bezpodstawnie. To potrafi negatywnie nastawić do otoczenia na cały dzień.

Polecam koegzystencję. Miejsca naprawdę starczy dla wszystkich.

Pozdrawiam zarówno świadomych posiadaczy, jak i świadomych nieposiadaczy psów.

Czy obecność psa w wielkim mieście musi oznaczać problemy i kłótnie? Czekamy na Wasze opinie Piszcie do nas



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.