Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
- Najgorzej jest jednak, gdy człowiekowi tylko wydaje się, że kocha psy. On na pewno weźmie zwierzę, ale traktuje je jak zabawkę, chwilową przyjemność. Kiedy to mija, jest zdolny skazać psa na cierpienie, przywiązać do drzewa, podrzucić, a nawet zabić. Bo się znudził. Albo zachorował. Albo pies jest przeszkodą w realizacji życiowych celów - mówi Halina Derwisz, szefowa Rzeszowskiego Stowarzyszenia Ochrony Zwierząt.

Przewrotna ludzka natura

Historia niebieskookiego husky jest bolesnym potwierdzeniem jej słów. 3,5-miesięcznego szczeniaka do jednej z rzeszowskich lecznic przynieśli dwaj młodzi ludzie. - Mieli około 20-25 lat. Wydawałoby się, że przyjechali do lecznicy, aby ratować życie i leczyć swojego małego przyjaciela. Pojawiły się nawet łzy - opowiada Halina Derwisz.

Pies wpadł pod samochód. Obie tylne nogi miał połamane. Złamania były skomplikowane, konieczna była operacja. To oznacza jednak koszty. Gdy to dotarło do właścicieli niebieskookiego, łez już nie było. Mężczyźni zaczęli się zastanawiać nad... eutanazją. Lekarz oczywiście odmówił. Pies trafił do schroniska Kundelek. - Ta historia pokazuje przewrotne oblicze ludzkiej natury, brak odpowiedzialności, wyobraźni, konsekwencji, egoizm, łatwość w rezygnowaniu z życia istoty, za którą jest się odpowiedzialnym. A przecież zawsze można znaleźć inne, lepsze rozwiązanie, ale to wiąże się z dojrzałością i odwagą w zmierzeniu się z problemem. Niestety, w tym przypadku, jak i w wielu podobnych, kolejny raz zawiodło człowieczeństwo - komentuje Halina Derwisz.

Gdyby Karat umiał mówić

Karat to żółty bokser, z którym los obszedł się bardzo brutalnie. Został znaleziony na terenie jednej z podrzeszowskich gmin. Wychudzony, leżał zwinięty w kłębek pod drzewem. Stowarzyszenie interweniowało w gminie. Okazało się, że gmina miała zamiar umieścić go w betonowym kojcu, w nieocieplonej budzie. Nie konsultowała tego z weterynarzem. Ostatecznie pies został więc zabrany przez inspektora stowarzyszenia ochrony zwierząt. - Szukaj - powiedział wolontariusz stowarzyszenia i zapiął Karatowi smycz. Pies zareagował. Poprowadził kilkaset metrów. Zatrzymał się przed bramą pobliskiego cmentarza.

- Pokręcił się, węsząc ziemię, po czym położył się w tym miejscu. Tu skończyło się jego stare życie, a zaczęło nowe. Nie wiemy, czy jego pan został na tym cmentarzu pochowany. Nie sprawdzaliśmy tego. Bardziej jednak prawdopodobny jest scenariusz, że pies został tu przewieziony i porzucony. Czekał więc w pobliżu. I czekałby aż do śmierci głodowej - mówi Halina Derwisz. Karat miał szczęście. Trafił do Kundelka, a stąd do domu zastępczego znalezionego przez Fundację SOS Bokserom.

Wrócę po nie za dwa miesiące

Kilka dni temu pracownicy Kundelka znaleźli przed bramą w kartonowym pudełku dwa koty. Na dołączonej kartce właściciel napisał: "Nie będzie mnie, wyjeżdżam. Za dwa miesiące wrócę, zabiorę".

- Ten ktoś potraktował zwierzęta jak przedmioty, a schronisko jak przechowalnię. Oczywiście koty zabraliśmy, ale na pewno nie oddamy, nawet jeżeli ten człowiek się do nas zgłosi. Bo to zwykły egoista, który nie zdaje sobie sprawy, że zwierzęta czują, kochają, tęsknią i cierpią, gdy zostają porzucone - słyszymy w schronisku.

Do Kundelka trafiły także bernardyn i duży kundel, które wolontariusze znaleźli przywiązane do drzewa nieopodal schroniska. - Były przywiązane linami, ale nikt nas o tym nie poinformował. Nie dość, że egoista, to jeszcze zupełnie pozbawiony odwagi - wolontariusze surowo oceniają właściciela psów.

Potrzebujemy byle jakiej suki

Latem tego roku w Kundelku zjawiły się dwie młode kobiety. - Potrzebujemy jakiejś suki, byle jakiej, ale żeby była duża - zagaiły.

- Zawsze przeprowadzamy wywiad z ludźmi, którzy chcą adoptować psa. Wielu odmawiamy, bo nie są zupełnie przygotowani do tego, by zaopiekować się psem. Tak było i w tym przypadku, ale tym razem argumentacja obu kobiet była porażająca - opowiada Halina Derwisz.

Na pytanie, po co im duża suka, kobiety opowiedziały historię, że mają owczarka podhalańskiego, który... bardzo potrzebuje suki. - Co!? - zdziwiły się panie ze schroniska. Ciągnęły jednak rozmowę. - A co zrobicie ze szczeniętami? - dopytywały. - Rozdamy - padła odpowiedź. - A z kolejnym miotem?

- Nasz dziadek się nimi zajmie - padła odpowiedź.

- Najprawdopodobniej miały na myśli, że ich dziadek te psy zabije. Podziękowaliśmy tym paniom, a mieliśmy je ochotę poszczuć psami albo jeszcze gorzej - mówią wolontariusze.

Podobnych przypadków zdarza się w Kundelku sporo. - Niektórzy ludzie uważają, że pies ze schroniska to przedmiot, który można wziąć, jak się zechce, i zrobić z nim, co się chce. Np. po jakimś czasie porzucić - denerwuje się Halina Derwisz. - A tak nie jest. Każdy, kto chce od nas psa, może być pewny, że zostanie dokładnie przepytany i sprawdzony - podkreśla.

Kilka dni temu zadzwonił do Kundelka mieszkaniec Radomia, który pytał, czy psy ze schroniska są dowożone do nowych domów, bo chciał zrobić rodzinie prezent świąteczny. - Jakby to był łańcuszek na choinkę zamówiony przez internet. Takim ludziom też odmawiamy - mówią wolontariusze.

A tych chętnie witamy

Wolontariuszom w Kundelku przyda się każda pomoc. Przyznają, że w Rzeszowie jest kilka osób, które przyjeżdżają do schroniska, bo bardzo chcą mieć psa, ale nie mają na to czasu. - Pracują po 10-12 godzin na dobę i nie mogłyby poświęcić psu wystarczająco dużo czasu - tłumaczy Halina Derwisz. Przychodzą do schroniska, by pobyć jakiś czas z psami. Zabierają je na spacery.

Tu potrzeba zmiany świadomości

RSOZ od trzynastu lat organizuje akcje edukacyjne "Pomóżmy zwierzakom". - Bo to jedyna droga, żeby kiedyś w przyszłości przypadki, o których mówiliśmy, nie zdarzały się albo żeby było ich mniej. Odwiedzamy także szkoły i przedszkola - słyszymy w stowarzyszeniu.

Co roku w Kundelku organizowane są lekcje dla dzieci i młodzieży z podkarpackich szkół. - Uczymy wrażliwości i odpowiedzialności - mówi Derwisz.

Rocznie przez schronisko przewija się około trzech tysięcy młodych ludzi. Widzą tu, jak kończy się nieodpowiedzialność ludzi wobec zwierząt. - I mamy w pracy z młodzieżą fantastyczne efekty. Bo młodzież bardzo się angażuje. Ludzie ci organizują zbiórki karmy, pieniędzy. Mają fantastyczne pomysły. Np. pieką pączki i sprzedają za symboliczne pieniądze, organizują dyskoteki, malują obrazy i sprzedają na aukcjach. Im więcej takich ludzi wychowamy, tym mniej będzie w przyszłości krzywdy zwierząt, które przecież kochają bezinteresownie i bezkrytycznie, a same zdolne są do największych wyrzeczeń - kończy Halina Derwisz.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.