Dwóch uciekinierów z Austrii nie czuło się bezpiecznie w Wiecznym Mieście. Po długiej przeprawie przez Alpy padali z nóg. Był 20 sierpnia 1948 r. Czterdziestolatek Franz Stangl i młodszy o trzy lata Gustav Wagner szukali duchownego o nazwisku Hudal. Na ich szczęście na którejś z uliczek Stangl wypatrzył znajomego, który także uciekał z ojczyzny, a ten podał mu adres: Via della Pace 20, kościół Santa Maria dell'Anima.

Pan musi nazywać się Stangl

W położonej półtora kilometra od Bazyliki św. Piotra renesansowej świątyni skupiało się niemieckie życie religijne w Rzymie. W murach przykościelnego Collegium Teutonicum od wieków kształcono niemieckich kleryków, mieszkali tam księża studiujący w Rzymie, których nie stać było na hotel. Stangl i Wagner nie byli ani duchownymi, ani pielgrzymami, ale łatwo weszli do środka.

- Pan musi nazywać się Stangl. Poznałem pana od razu - oświadczył biskup Hudal, wchodząc do ascetycznie urządzonego pokoju w kolegium. Widać, że wieloletni rektor Santa Maria dell'Anima został uprzedzony, kto przybył, i kiedy nad wyraz serdecznie podejmował gościa, ujmując go za obydwie ręce, z twarzy Stangla zaczęło schodzić napięcie. Uśmiech na obliczu duchownego dowodził, że po trwającej kilka miesięcy ucieczce z okupowanej przez aliantów Austrii znalazł wreszcie bezpieczną przystań. Gospodarz zapewnił mu nie tylko dach nad głową i wyżywienie, ale także dał pracę: przez kilka miesięcy jako bibliotekarz zajmował się księgozbiorem niemieckiego kolegium. Wagner mógł liczyć na równie szczodrą pomoc.

Przybysze z Sobiboru i Treblinki

Biskup poprosił, by spisali życiorysy, więc obydwaj na kartkach zapisali daty i miejsca urodzin, a opisując swe dokonania podczas wojny, podali, że służyli w policji. Jedynie Stangl przyznał się do stopnia hauptsturmführera SS (odpowiednik kapitana w Wehrmachcie) i do tego, że obawiając się wydania Sowietom, uciekł z amerykańskiego obozu dla internowanych. Podczas wojny miał polować na sowieckich szpiegów. Wagner służył rzekomo jako zwykły policjant, o byciu podoficerem SS nie wspomniał. Naturalnie nie podali, że działali w ośrodkach, gdzie odbywała się eutanazja chorych psychicznie, a potem przez kilka lat służyli w fabrykach śmierci w okupowanej Polsce.

Stangl jako komendant obozów w Sobiborze i Treblince czuwał nad sprawnym mordowaniem Żydów, dbał, by w drodze od rampy kolejowej do komory gazowej nie dochodziło do zatorów. Dlatego kazał budować w Treblince nowe komory gazowe a także magazyny na konfiskowane Żydom ubrania i kosztowności. Gdy przybywały nowe transporty, osobiście nadzorował załogę składającą się z Niemców i Ukraińców. Na prowadzonych na śmierć Żydów spoglądał bez emocji, jak na ładunek, który trzeba rozładować, zagazować i spalić w krematoriach.

Wagner był jego zastępcą w Sobiborze, kierował selekcją na rampie i w przeciwieństwie do zwierzchnika nie zasiadał do obiadu, dopóki z uśmiechem na ustach nie zatłukł kijem albo nie zarąbał siekierą więźnia. Za poświęcenie szef SS Heinrich Himmler nagrodził go Krzyżem Żelaznym.

Podczas wojny biskup Hudal słyszał o ludobójstwie Żydów, choć z pewnością nie zdawał sobie sprawy ze skali zbrodni, a nazwy "Sobibor" i "Treblinka" nic mu nie mówiły. Gdyby ktoś opisał hierarsze, jak w obozach śmierci mordowano ludzi na skalę przemysłową, pewnie by nie uwierzył i dlatego wyjaśnienia przybyszy brał za dobrą monetę, nie pytał, w jakich okolicznościach Stangl został oficerem SS. - Jestem księdzem, a nie policjantem. Moim obowiązkiem jako chrześcijanina było pomóc ludziom uciekającym przed komunistami - mówił po latach.

Stangl i Wagner mieli nie przeżyć wojny. Gdy jesienią 1943 r. kończyła się akcja "Reinhardt", w ramach której wymordowano ćwierć miliona galicyjskich Żydów, obozy w Sobiborze i Treblince zostały zburzone, a esesmani z ich załóg przeniesieni do Włoch i Jugosławii. Mieli teraz walczyć z partyzantami i najlepiej zginąć z ich ręki. W taki oto sposób Himmler zamierzał pozbyć się świadków, ale Stangl i Wagner przeżyć i wrócili w rodzinne strony. Wagner zmienił nazwisko i pracował jako robotnik budowlany. Stangla złapali Amerykanie, ale o jego roli podczas Holocaustu nie mieli pojęcia. W maju 1948 r. esesman uciekł z obozu dla internowanych, odnalazł Wagnera i przez przełęcz Brenner, a potem należący do Włoch Tyrol Południowy ruszyli w kierunku Rzymu.

Podążali trasą określaną pogardliwe jako "szczurzy szlak", bo tą drogą jak szczury z tonącego okrętu uciekały tysiące nazistów obawiających się kary za swe zbrodnie. W Rzymie biskup Hudal załatwiał im dokumenty Czerwonego Krzyża, wizy i bilety na statki płynące z Genui do Ameryki Południowej. Pomógł setkom osób, w tym kilkudziesięciu najbardziej poszukiwanym zbrodniarzom. Stangla i Wagnera wyprawił najpierw do Syrii, skąd w 1951 r. wyjechali do Brazylii. Już miesiąc po przybyciu dawny komendant Sobiboru i Treblinki wprowadził się do domu pod Sao Paulo - pracował jako inżynier w fabryce tekstylnej, później w brazylijskim przedstawicielstwie Volkswagena.

O "brunatnym" biskupie Aloisie Hudalu i pomocy, jakiej udzielał zbrodniarzom nazistowskim uciekającym przed sprawiedliwością, czytaj w najnowszej "Ale Historia", poniedziałkowym dodatku do "Gazety Wyborczej"

Znajdziesz nas na Twitterze, Google+ i Instagramie
Jesteśmy też na Facebooku. Dołącz do nas i dziel się opiniami.
Czekamy na Wasze listy: listy@wyborcza.pl