Polub nas na Facebooku



- Morze ruin, trupy. Do tego ciągłe strzelaniny, wybuchy min. Wszyscy mieli broń, my zresztą też - wspominał Zbigniew Nowak, który do Breslau trafił w październiku 1944 roku wywieziony z Warszawy po upadku powstania warszawskiego, i został.

Dla pacyfistów miejsca we Wrocławiu nie było, według pierwszego rektora tutejszego uniwersytetu przypominał on "las, w którym równie łatwo dostać kulą zza węgła, jak nożem w plecy. Sypialiśmy z karabinami przy łóżkach". Kodeks bezpieczeństwa nakazywał, żeby trzymać się tylko głównych ulic, nie wychodzić na miasto nocą i nie zapuszczać się w labirynty ruin. Bandyci ostrzeliwali z broni maszynowej nawet komisariaty, więc nowi mieszkańcy Wrocławia mogli liczyć tylko na szczęście i własną pomysłowość.



Na początku była ich tylko garstka oraz 150-160 tys. breslauerów. Ale wysiedlenia Niemców zaczęły się w październiku 1945 roku. Pakowano ich do wagonów bydlęcych, którymi jechali do jednej ze stref okupacyjnych w Niemczech. Nie wszyscy dojeżdżali, głównie z powodu mrozu, ewakuację prowadzono bowiem także zimą. Niemiecki ksiądz, który był świadkiem przyjazdu wypędzonych, widział, jak w Görlitz otwarto drzwi wagonu bydlęcego i wyciągnięto zeń dziesięć martwych ciał.

W takich samych wagonach, w których wyjeżdżali z Wrocławia dawni mieszkańcy, przyjeżdżali do miasta nad Odrą nowi. Nazywano ich, jak na ironię, "repatriantami", choć zostali wypędzeni ze swojej ojczyzny i przyjeżdżali do obcego kraju. Wschodnie tereny Polski, które zamieszkiwali od pokoleń, zostały włączone do Związku Radzieckiego. Doświadczyli największych nieszczęść wojny - ludobójstwa, czystek politycznych i bandytyzmu. Byli w drodze trzy, cztery tygodnie, a później musieli zbudować nowe życie w zrujnowanym i tak bardzo obcym mieście.

Choć mit o kresowym pochodzeniu wrocławian ma się dobrze, to większość przyjechała z terenów dzisiejszej Polski. Według danych z 1947 roku wysiedleni z dawnych województw wschodniej Polski stanowili 20,5 proc., z czego reprezentacja województwa lwowskiego była najsilniejsza - 9,8 proc., podczas gdy np. z wileńskiego 2,8 proc., stanisławowskiego, tarnopolskiego i wołyńskiego - 6,4 proc., a poleskiego i nowogródzkiego - 1,5 proc. Zabużanie byli jednak w mieście szczególnie widoczni. Pielęgnowali swoją regionalną odmienność, choć władza uważała to za polityczną prowokację. Nadawanie knajpkom nazw "Lwowianka" czy "Ta-joj" uznano za naganne, a same lokale - za miejsca antypaństwowej agitacji.

Więcej przeczytacie w jutrzejszym dodatku "Objazdowe Muzeum Historii Polski", poświęconemu w całości stolicy Dolnego Śląska.



Znajdziesz nas na Twitterze, Google+ i Instagramie
Jesteśmy też na Facebooku. Dołącz do nas i dziel się opiniami.
Czekamy na Wasze listy: listy@wyborcza.pl