W kwietniu 2004 r. w tzw. polskiej strefie stabilizacyjnej w Iraku wybuchło powstanie radykalnych szyitów. Kilkutysięczna Armia Mahdiego zaatakowała nasze bazy, konwoje i bronione przez Polaków siedziby nowych irackich władz. Strefa stanęła w ogniu, ale media w naszym kraju o tym nie napisały. Wielotygodniowa bitwa o centrum świętego dla szyitów miasta Karbali - czyli operacja Iron Saber - do dziś pozostaje praktycznie nieznana polskiej opinii publicznej. Podobnie jak bitwy o An-Nadżaf i Al-Falludżę, w których również walczyliśmy.

Interesujący się wojskowością słyszeli zapewne o bohaterstwie kapitana Grzegorza Kaliciaka (dziś podpułkownika), który w pierwszych dniach kwietnia 2004 r. wraz z garścią żołnierzy odpierał ataki uzbrojonych w artylerię rebeliantów na połączony gmach miejskiego ratusza, policji i więzienia. Mało kto jednak wie, że stoczyliśmy wtedy w Iraku nie tylko tę jedną bitwę. Prowadziliśmy prawdziwą wojnę, a nasi żołnierze ginęli z bronią w ręku.

Ginęli nie po raz pierwszy od 1945 r. Od poniedziałku (31 sierpnia) do soboty (5 września) w cyklu "Wichry wojny" prezentujemy długą drogę, którą przeszli polscy "misjonarze" - od pilnowania rozejmu w Korei sześćdziesiąt lat temu przez bitwę o karbalski City Hall do Afganistanu.

Dlaczego Koreańczycy obrzucili granatami polskich oficerów

7 listopada 1955 r. w Korei Południowej zginęło trzech oficerów. Major Zygielski, kapitan Rudnik i porucznik Zieliński byli pierwszymi polskimi ofiarami na misji.



Lipiec 1953 r., Warszawa. Ledwo osiem lat wcześniej zakończyła się II wojna światowa. Przed niespełna pół rokiem zmarł Stalin.

- Podstawili nam transport składający się z wagonów sypialnych, towarowych i platform. Załadowano niezbędny sprzęt, wyżywienie, samochody ciężarowe, terenowe łaziki, motocykle Jawa oraz cztery osobowe warszawy należące do sztabu - wspomina podróż do Korei ówczesny starszy sierżant Tadeusz Wąsowski. - Przed nami było 12 tys. km, droga daleka i nudna. W każdym wagonie dozorca pilnował zamka drzwi oraz okna, których samemu nie można było otworzyć. Przez szyby nic nie było widać - jedna czarna maź po spalinach parowozu. Od czasu do czasu przez kołchoźniki dostawaliśmy komunikaty o przestawieniu zegarków, bo przekraczamy kolejne strefy czasowe. Na koniec różnica wynosiła osiem godzin. Na granicy rosyjsko-chińskiej nie było żadnych środków technicznych, ale masa ludzka zrobiła swoje i sprawnie nas rozładowali. Rozdali wszystkim pocztówki, żeby napisać do domu. Po napisaniu je zabrali. Wreszcie pierwsza łaźnia i wspólna kąpiel. Za kilka dni byliśmy w Kaesongu i Panmundżomie.



WICHRY WOJNY. Polacy na misjach. Nowy cykl reporterski od poniedziałku w "Wyborczej".

* Poniedziałek: Korea - trzy granaty w polską kwaterę. Indochiny - po niewłaściwej stronie.

* Wtorek: Egipt - smoła zamiast karabinów. Kambodża - bitwa z Czerwonymi Khmerami

* Środa: Bałkany - przeciw albańskiej mafii sutenerów. Haiti - o co Clinton poprosił Wałęsę?

* Czwartek: Afganistan - najkrwawsza podróż.

* Piątek: Irak - to on stworzył polską armię.