Wysyłasz e-maila, odpalasz stronę w internecie, przykładasz elektroniczną kartę do czytnika w metrze, GPS w komórce rejestruje każdy twój krok, kupujesz kawę i kanapkę, wstawiasz zdjęcia do internetu, odpalasz samochód, lekarz notuje poziom cukru, smartfon rejestruje, ile kilometrów przebiegłeś albo ile czasu spędziłeś na kanapie oraz ile godzin potem spałeś i gdzie. Można by tak wyliczać w nieskończoność.

Witaj w świecie wielkich danych, czyli big data. Oczywiście wielu z nas zapali się tu czerwone światełko i podniesie się alarm: a co z prywatnością?! Gdy pojawia się hasło big data, to zwykle staje się głównym tematem, którym zajmują się media. I słusznie. Ale ograniczenie się do jęczenia, że tracimy panowanie nad ochroną informacji o nas samych, to tak, jakby zamknąć się w króliczej norze. - Jeśli z tej perspektywy będziemy oglądać świat, szybko spadniemy poza jego margines - twierdzi Juan Enriquez, publicysta naukowy i wykładowca z Uniwersytetu Harvarda.

Czeka nas wielka rewolucja w myśleniu. Nie tylko o nauce, ale też o świecie i o nas samych. Po pierwsze, w erze big data przestaniemy opierać się na próbkach. Zamiast marnować czas i pieniądze na patrzenie tam, gdzie zazwyczaj chadza statystyczny dwudziestopięcioletni mężczyzna z wyższym wykształceniem (czyli opierać się na próbce), policja będzie mogła skorzystać z programu komputerowego i informacji od operatora komórki.

Ale być może po prostu wszyscy będziemy w przyszłości nadzy. Jak powtarza Mark Zuckerberg, którego firma sama zbiera gigantyczne liczby danych: "Prywatność już się skończyła".

Czy możemy jakoś ochronić nasze dane? Przez kogo i do czego mogą być wykorzystywane? Czytajcie we wtorek w magazynie "Nauka dla Każdego".







Znajdziesz nas na Twitterze, Google+ i Instagramie
Jesteśmy też na Facebooku. Dołącz do nas i dziel się opiniami.
Czekamy na Wasze listy: listy@wyborcza.pl