Adam Leszczyński: Bohaterowie podziemia, którzy na torturach nic nie powiedzieli gestapowcom, załamywali się przed śledczymi Urzędu Bezpieczeństwa. Często nawet bez bicia i krzyków.

- To prawda - mówi prof. Andrzej Friszke, autor wydanej właśnie książki "Między wojną a więzieniem 1945-1953".

- Moim zdaniem działał tu splot różnych czynników psychologicznych. Ci ludzie zeznawali, bo zostali aresztowani za działalność legalną, i odpowiadali śledczym, że nie robili nic nielegalnego. Przesłuchanie zaczynało się zwykle od życiorysu, co mogło trwać dzień czy dwa - opowieść o szkole, harcerstwie, wojnie. W ten sposób śledczy oswajali aresztowanego z sytuacją. Śledztwo na UB to też jakościowo inna sytuacja niż na gestapo, bo nie było bariery psychologicznej jak to z obcym - śledczy mogą być niewykształconymi prymitywami, ale to jednak byli Polacy, a nie gestapowcy czy enkawudziści. Dla mnie jest zresztą zagadką, w jaki sposób ludzie tak prymitywni, mający często tylko siedem klas, dawni robotnicy, potrafili zrozumieć skomplikowaną działalność ideową. Być może dostawali instrukcje od Julii Brystygierowej, szefowej Departamentu V Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, osoby wybitnie inteligentnej, która jednak sama nie przesłuchiwała.

To ona decydowała o losach zatrzymanych przez Departament V?

- Zupełnie samodzielnie. Czasem podejmowała niezwykłe decyzje, na przykład w 1948 r., kiedy zwolniła Marię Okońską, założycielkę struktury "ósemek", ośmiu dziewcząt tworzących coś w rodzaju nieformalnego zakonu. Prowadziły one potajemnie działalność czysto religijną, co ubecy potraktowali jak organizację tajną; organizowały obozy młodzieżowe - jak wiedziała bezpieka - m.in. za pieniądze z podziemia wojennego. Okońską można było skazać, a jednak Brystygierowa ją zwolniła. To była jej suwerenna decyzja. Miała ogromne wpływy i silną pozycję. Ona też zadecydowała o zwolnieniu publicysty Pawła Jasienicy, adiutanta mjr. Zygmunta Szendzielarza ps. "Łupaszko", jednego z najbardziej znienawidzonych przez komunistów dowódców akowskiej i poakowskiej partyzantki. Z punktu widzenia UB Jasienica był wrogiem, który walczył z nimi z bronią w ręku. Został aresztowany już jako znany dziennikarz i publicysta katolicki w 1948 r. "Łupaszko" zeznawał o nim w śledztwie, także zeznający Jasienica wspominał o akcjach bojowych, podczas których partyzanci rozstrzeliwali milicjantów, a jednak Brystygierowa kazała go wypuścić. I wyszedł. Musiał tylko napisać deklarację: że popełnił błąd, że Polska Ludowa to jego państwo i nie należy prowadzić podziemnej działalności.

W 1968 r. Władysław Gomułka insynuował publicznie, że Jasienica poszedł wtedy na współpracę z UB.

- W aktach, a są to obszerne akta, nie ma nic godzącego w honor Jasienicy. Moim zdaniem był to prezent Brystygierowej dla Bolesława Piaseckiego, szefa PAX-u, czyli stowarzyszenia katolików współpracujących z władzami, który prosił o jego zwolnienie. I Piasecki dostał od władz taki prezent, a w wyniku tego samego śledztwa "Łupaszko" został skazany na śmierć i stracony. Zwolnienia jednak zdarzały się wyjątkowo i jeśli ktoś wpadł w tryby bezpieki, to już raczej siedział. Chyba że poszedł na współpracę.
Całość rozmowy z profesorem Andrzejem Friszkem o przesłuchaniach w stalinowskiej Polsce w najnowszym wydaniu magazynu AleHistoria, dodatku do poniedziałkowej Gazety Wyborczej.


Znajdziesz nas na Twitterze, Google+ i Instagramie
Jesteśmy też na Facebooku. Dołącz do nas i dziel się opiniami.
Czekamy na Wasze listy: listy@wyborcza.pl