Donata Subbotko: W aktorstwie chciał pan uciec od siebie czy odnaleźć siebie?

Janusz Gajos : Nie wiedziałem, od czego czy do czego chcę uciec. Podobał mi się teatr. Przed maturą wystąpiłem w szkolnym przedstawieniu, zaopiekował się nim Jan Dorman, który prowadził teatr lalek w Będzinie. Zwrócił na mnie uwagę i po pierwszym nieudanym starcie do łódzkiej szkoły teatralnej przyjął mnie do swojego teatru jako człowieka do wszystkiego. Uczyłem się kleić lalki, ciągnąć kurtynę, później animować najprostsze w obsłudze kukły i wreszcie bardziej skomplikowane jawajki. Od tej chwili najważniejsze stało się dla mnie to dziwne miejsce, które stwarzało możliwość istnienia w wyimaginowanym świecie.

Pan, introwertyk, zawód wybrał ekshibicjonistyczny.

- Nie sądzę, żeby aktorstwo było zawodem ekshibicjonistycznym. Możliwość wcielania się w różne postaci niekoniecznie musi się kojarzyć z obnażaniem. To raczej chęć zrozumienia, kim naprawdę jestem i gdzie jest prawda o mnie. Czułem, że w aktorstwie można realizować swoje wyobrażenia. To była moja furtka, przez którą mogłem wchodzić i wychodzić na zewnątrz, nie budząc żadnych podejrzeń. Teatr jest miejscem mocno tajemniczym, gdzie tworzy się nieistniejące, lecz możliwe do zaistnienia światy. Pewnie trafiają tu też ludzie, którzy lubią się obnażać, aby prezentować wyłącznie swoje walory, ale to zawsze jest jakaś pomyłka.

Ile się płaci za emocjonalne huśtawki?

- Sporo, nie da się tego wyliczyć. Nadużywanie najdelikatniejszych elementów psychiki musi kosztować.

Czego pan się trzyma, żeby nie stracić równowagi?

- Najlepiej trzymać się samego siebie, a jeszcze lepiej mieć obok osobę, która potrafi pomóc, kiedy traci się równowagę. Od prawie 30 lat jestem w stałym związku, mieszkam w miejscu, które mi się podoba, mam fajną rodzinę i to daje mi poczucie stałego miejsca w życiu, z którego można się wybierać w podróże do światów wyobrażonych.

Dopiero w połowie lat 80. przyszedł ten spokój osobisty, za nim wielkie role - m.in. w Teatrze TV u Kutza i w "Ucieczce z kina Wolność" Marczewskiego, a potem ruszyło. Jakby pan dostał drugie życie.

- Może to nagroda za poprzednie szarpaniny? Zostałem pogłaskany.

Kiedy był pan najbardziej szczęśliwy?

- Z takich wzruszeń, których wcześniej ani później nie zaznałem, to chyba wtedy, kiedy zobaczyłem córkę po urodzeniu. Przyniosłem do domu takie zawiniątko, potem były pierwsze rozmowy... Dzisiaj "zawiniątko" jest dojrzałą kobietą, matką dwojga dzieci i w ten sposób dorobiłem się "dziadostwa", jak mówi mój znajomy.

Jakie ważne role odrzucił Janusz Gajos? Czy robił w życiu to, co chciał? I w jakim kraju nie chciałby żyć? Rozmowa z Januszem Gajosem w czwartek w "Dużym Formacie", magazynie "Gazety Wyborczej".