29 grudnia 2014 r. ciężarna Agnieszka K. położyła się w szpitalu w Zduńskiej Woli (Łódzkie), by urodzić córeczkę. Półtora miesiąca później opowiada "Dziennikowi Łódzkiemu", co było dalej:

"Akurat na ten dzień miałam wyznaczoną wizytę w szpitalnej poradni K (...) zrobiono mi USG, usłyszałam, że jest bardzo słabe tętno dziecka. A chwilę później, że nie ma już szansy na uratowanie i mam urodzić martwy płód. Nikt nie próbował ratować dziecka. Jestem przekonana, że gdyby od razu zareagowano, zrobiono cesarskie cięcie, to dziecko urodziłoby się żywe".

Dalej Agnieszka mówi jeszcze, że w szpitalu zostawiono ją przez półtora dnia samą, bez opieki psychologicznej, a do tego na jej salę kładziono kobiety w ciąży, co tylko powiększało jej traumę.

- Nawet leki musieliśmy sami iść wykupić do apteki - opowiada dziennikarce partner Agnieszki.

Choć w tekście kobieta występuje anonimowo, w szpitalu - po publikacji - nie mają wątpliwości, że chodzi o nią, bo - prócz dziennikarzy - Agnieszka powiadomiła prokuraturę.

Historia Agnieszki K. oraz innych pacjentów zduńskowolskiej porodówki w środę w "Gazecie Wyborczej".