Dlaczego nie zostałeś celebrytą jak Maleńczuk, nie poszedłeś do talent show?

- Wychowałem się na dobrych książkach, muzyce, filmach. Nie wyobrażam sobie, żeby moi mentorzy - John Lennon, Frank Zappa, Joe Strummer czy John Coltrane - siedzieli za stołem, wygadywali bzdury i kraśnieli kosztem prawdziwego bądź wątpliwego talentu prowincjuszy, wyszydzanych i oszukiwanych, że gra jest fair, i podpisujących diabelskie kontrakty na dziesięć lat. Nie będę wciskał garnków staruszkom ani walił w ch... młodzieniaszków.

A gdybyś mógł w ten sposób zapłacić za film?

- Dylemat był, po dwa razy miałem propozycje od "Idola" i "The Voice of Poland", trzy razy od "Must Be The Music", raz nawet z programu, gdzie miałem oceniać modelki. Pieniądze były coraz większe. 

Film spłacam do dziś, ale wiem, że nie można być po dwóch stronach barykady. Może postawy takie jak Roberta Brylewskiego odchodzą do lamusa, wszyscy regularnie dają d... i robią z tego show, ale cały czas istnieją przecież rzeczy wartościowe i chłam.

Myślisz, że młodzi widzowie pamiętają Brylewskiego? Albo wiedzą, kim był Jaruzelski?

- W Stanach podniosła się ostatnio wrzawa, że jakiś Paul McCartney chce nagrywać z Kanye Westem. Większość niby nie wiedziała, kim jest ten McCartney. Ale kto właściwie nie wiedział? Jakiś hiphopowiec z Detroit, który urodził się wczoraj po południu?

"Polskie gówno" to nie jest film tylko dla 15-latków i 30-latków, ale również dla 50- czy 60-latków. Odpowiednik Brylewskiego w filmie pamięta stan wojenny i to, że Jaruzelski ze świtą zabrał mu pół młodości, zakazał wyjazdów, uciął kontakty ze światem.

W filmie są przebitki z młodym Brylewskim. Łącznik do niewinnych, prawdziwych czasów?

- Grany przez niego Gudeyko dobrze pamięta erę gówna sowieckiego. Po powrocie ze Stanów konstatuje, że nastał czas gówna amerykańskiego. Tamto gówno to był brak wolności. Teraz gówno amerykańskie jest promowane i konsumowane przy pełnej społecznej akceptacji. Entropia sprawia, że nic nie jest wartościowe. Gudeyko może grać rock'n'rolla czy nawoływać do duchowej rewolucji, ale już nikt go nie słucha. Stąd jego dramat.

Gudeyko mówi też, że trzeba się pogodzić z Babilonem, nie ma sensu walczyć. To twój buddyjski przekaz?

- Ten film ma parę poziomów. Na wierzchu jest głos wołającego na puszczy, domaganie się równych praw i budżetów dla ludzi kultury oraz ludzi celebry. To inspiracja dla innych artystów, żeby nie wymiękali. Można zrobić film, można przyjść z ulicy i zrobić premierę w Pałacu Kultury. A że dopiero po siedmiu latach walki? Proszę bardzo, jesteśmy zwycięzcami. Ale przecież z drugiej strony każdy może to zrobić. To kwestia wiary, motywacji, determinacji. Dobrania odpowiedniego zespołu.

Drugi plan, gombrowiczowski, to rodzaj balsamu na sterane serce. Absurd, głupio-mądry śmiech, autoterapeutyczne sowizdrzalstwo, leczniczy purnonsens to dla mnie recepta na zło świata, głupotę ludzką, kicz i chłam. Jestem uczniem Vonneguta, Gombrowicza, Monty Pythona, Lennona, Sachy Barona Cohena.

Trzecia warstwa, najgłębsza, jest buddyjska. Nie widzę świata w czerni i bieli. Jeżeli oskarżamy innych, a nie widzimy ciemnej strony w sobie, tym bardziej dokarmiamy Babilon. Trudno orzec, czy to decydenci albo głupia publiczność są winni tego, że podział kasy jest taki, jaki jest. Tego, że telewizja publiczna udaje misję. Nie - to my jesteśmy temu winni. Nasz brak zaangażowania i tumiwisizm.

Tworząc wypowiedzi żywe, istotne, sami zmieniamy świat. Nie ma mowy o rozjebaniu systemu, bo to utopia. Ale można przecież wykrzywić matrix, żeby on na chwilę pokazał swoją gębę, żeby z tego Big Brothera pociekło trochę kwasu, piany i łez. Żeby on się zakrztusił, na chwilę popsuł, wyrzygał trochę prawdy.

Jaki pisarz ukształtował Tymona? Jakie są plany filmowe Tymańskiego? Z czego jeszcze śmieje się w "Polskim gównie"? Przeczytacie jutro w "Wyborczej"