- Od pięciu lat trafiają do mnie studenci, którzy mówią najlepszym angielskim, jaki słyszałam, odkąd wykładam - mówi dr Agnieszka Graff, wykładowczyni literatury amerykańskiej w Ośrodku Studiów Amerykańskich UW.

Potwierdza to największy międzynarodowy ranking znajomości języka angielskiego "English Proficiency Index". Badanie przeprowadza międzynarodowa szkoła językowa EF Education First na podstawie rozwiązywanych online testów kwalifikujących na kursy angielskiego kandydatów z 60 państw.

Metoda jest niedoskonała: sprawdza głównie znajomość angielskiego 20- i 30-latków. Ale nie ma na świecie żadnego innego rankingu, w którym porównano by wyniki testów tak wielu osób. W zeszłorocznej edycji było to aż 750 tys. ludzi, w tym 2 tys. Polaków.

Polska nie tylko wypada w badaniu rewelacyjnie, ale do tego robi postępy. W 2011 r. byliśmy na dziesiątym miejscu na świecie, w 2013 r. - już na ósmym. Wypadamy lepiej niż reszta środkowej Europy, a także bogate kraje Zachodu: Belgia, Niemcy czy Francja przeżywająca w znajomości angielskiego kompromitujący regres. Zostawiamy w tyle również Azjatów. Przed nami są jedynie kraje skandynawskie oraz Holandia, Estonia i Austria. Ale one od lat dystansują Europę swoją doskonałą znajomością angielskiego. Uczą go swoich obywateli od wczesnego dzieciństwa, by dogonić świat, bo ich niszowe języki zna mało kto.

Autorzy rankingu tłumaczą sukces językowy Polski ekonomią. Mówią: Polacy chcą mieć u siebie nowoczesną gospodarkę opartą na wiedzy. A do tego potrzebna jest inwestycja w człowieka, czyli też nauka obcych języków. Ale zdaniem dr Agnieszki Graff Polacy postawili na angielski również ze względów ideologicznych. - Mogliśmy przecież wybrać niemiecki, język sąsiadów, z którymi robimy wielkie interesy. Ale Polakom kapitalizm zawsze kojarzył się z kapitalizmem amerykańskim i kiedy mogliśmy wybrać, poszliśmy za tym wzorem. Razem z językiem, kulturą pracy i popkulturą - mówi.

Trzeba było jednak poczekać, aż w dorosłość wejdzie pokolenie urodzonych po '89 roku, by angielski tych młodych dorosłych dorównał światowej czołówce.

Wytrych

Worth one's salt, czyli wartościowy, zasługujący na podziw, godzien szacunku. At first I didn't like her very much but I realize now that she's worth her salt. Możemy użyć tego zwrotu w kontekście zarówno zawodowym, jak i prywatnym, choć jego pochodzenie związane jest z wynagrodzeniem za pracę. W starożytnym Rzymie salarium oznaczało najprawdopodobniej dodatek do żołdu legionisty na zakup soli. Współczesne angielskie słowo salary (pensja) wywodzi się od tego samego rdzenia. Gdy więc jesteś wart swej soli, to znaczy, że rzeczywiście zapracowałeś na swoje wynagrodzenie. Dziś idiom ten oderwał się od pierwotnej konotacji i używamy go w sensie ogólniejszym, a "sól", na którą staramy się codziennie zapracować w ludzkich oczach, nabrała abstrakcyjnego znaczenia i szlachetniejszych rysów.

Jak angielskiego uczą się młodzi Polacy? Gdzie się go uczą? Czytaj jutro w "Wyborczej"


Jutro do kupienia z "Wyborczą" druga część książki do nauki angielskiego "Polish Your English". Uczymy się z premierem. Więcej tutaj