Paweł T. Felis: Kiedy wymyślił pan swój pseudonim - Willem?

Willem Dafoe: To żart mojego kolegi ze szkoły średniej, "Willem" przykleił się do mnie, a ja byłem wniebowzięty. Od dzieciństwa nie znosiłem imienia William, a gdy ktoś wołał do mnie "Billy", wpadałem w szał. Holandia, gdzie imię Willem jest na porządku dziennym, to dziś jedyne miejsce na świecie, gdzie mówią na mnie William.

Pseudonim to rodzaj maski?

- Wychowałem się w małym rolniczym miasteczku w stanie Wisconsin - jeziora, lasy, indiańskie rezerwaty. Bajecznie. Ale chłopak, który zamiast skakać po drzewach fascynuje się muzyką i filmami, przywożonymi czasem przez rodziców na 8-milimetrowych taśmach, traktowany jest tam lekceważąco. Jeszcze wiele, wiele lat później byłem przekonany, że teatr to mało męskie zajęcie.

W takim filmie jak "Łowca" może się pan poczuć jak twardziel, który radzi sobie w dżungli jak w domu.

Lubię grać ludzi kompletnie do mnie niepodobnych. Autentyczni łowcy uczyli mnie polować na kangury, zastawiać sidła i zarzynać walabię. Świetna szkoła, zwłaszcza że mówimy o Tasmanii, gdzie co chwilę zmienia się pogoda i jest naprawdę dziko. Albo się z tą wyspą zaprzyjaźnisz, albo giń.

Film przygoda?

- Dla mnie tak. W dodatku tak niewiele o moim bohaterze wiemy. Kim jest? Czemu poluje i czemu nienawidzi kobiet? Widz też chce go "upolować", rozgryźć tajemnicę.

Już po pierwszych filmach takich jak "The Loveless" czy "Ulice w ogniu" pisano o panu: "Wcielenie czystego zła". Ta etykietka nie uwierała?

- Na początku się jej bałem. Ale nie wyglądałem nigdy jak miły chłopiec z sąsiedztwa - z faktami się nie dyskutuje. Poza tym szwarccharakter do pewnego stopnia daje frajdę. Tylko trzeba uważać, jeden gest za dużo i już wpada się w szarżę. Z drugiej strony, jak skomplikowany może być Zły w komiksie? Nie za bardzo.

Zagrałem takich postaci mniej, niż się wszystkim wydaje. Ale też od zawsze miałem do tego dystans. Bo kino to tylko równoległe życie do tego, które wiodłem w teatrze.

Rzemiosło jest najważniejsze?

- Kiedy pracuję, muszę wypocić swoją rolę. Moje ciało, głos, twarz muszą się zmęczyć. Teatr uczy, gdzie i kiedy nacisnąć w sobie odpowiedni guzik, żeby wywołać jakiś efekt. W teatrze eksperymentalnym chodzi nawet o coś więcej: badasz swoje granice. Z każdym spektaklem musisz przyjąć rolę poszukiwacza, który nie wie, gdzie będzie w chwili opadnięcia kurtyny.

Teatr dał mi coś kluczowego - nauczyłem się ufać swojemu ciału. Bo aktor to tancerz, tyle że czasem coś jeszcze mówi.

Rozmowa z Willemem Dafoe jutro w "Gazecie Wyborczej"!