Ostatni raz Rosjanie poruszyli sprawę tablicy w piątek. Jak wynika z wypowiedzi wiceministra Litwina, zagrozili, że ją zdejmą. Co robi MSZ? Znowu nic. Dlaczego? Tu wiceminister Litwin wygłosił rozkoszne zdanie: "Rosjanie już wiele razy odstąpili od zamiaru zdjęcia tablicy, więc dlaczego nie mieliby odstąpić i tym razem?". Jakoś to będzie!

Przecież dyplomata powinien wiedzieć, że Miedwiediew nie stanie przed tablicą ze słowem "ludobójstwo". A im bliżej rocznicy katastrofy smoleńskiej - i zbrodni w Katyniu - tym większy będzie skandal.

Skąd więc to zaniechanie? Obawiam się, że ze strachu. I to nie przed Rosjanami, tylko przed reakcjami w Polsce. Wyobraźmy sobie, że MSZ działa szybko i rozsądnie, prosi stowarzyszenie Katyń 2010 (to ono tablicę zawiesiło) o uzgodnienie treści napisu ze stroną rosyjską. Dopiero byłby skandal! Już widzę te tytuły: "Sikorski uległ Rosjanom", "Polska na kolanach", "Putin dyktuje nam historię". "Zdrada! Hańba!". Po co to komu? Lepiej schować głowę w piasek - uznało MSZ.

Znowu okazało się, że lepiej zamieść problem pod dywan, niż stawić mu czoła. Że święty spokój jest ważniejszy od procedur i zasad. Że największym nieszczęściem jest polityczna awantura urządzona przez opozycję.

Otóż nie jest. Nieszczęście jest za to, gdy demokratyczne państwo żyje w lęku i łamie własne zasady.

I tak oto w rocznicę katastrofy smoleńskiej mamy katastrofę dyplomatyczną. Na własne życzenie i z tych samych przyczyn: nieprzestrzegania procedur, odwlekania decyzji ze strachu i stosowania zasady "jakoś to będzie, jakoś dolecimy".