http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Nie głosuję na Piesiewicza

Grzegorz Sroczyński
2011-07-20, ostatnia aktualizacja 2011-07-20 10:01

Krzysztof Piesiewicz zadeklarował rok temu, że wycofa się z polityki. Teraz zmienił zdanie. Ogłosił we "Wprost", że zamierza ponownie kandydować do Senatu. "Panie Krzysztofie, mój głos już pan ma" - mówi na to Janina Paradowska.

Grzegorz Sroczyński
Fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta
Grzegorz Sroczyński
We "Wprost" Piesiewicz opisuje precyzyjnie kontakty z grupą, która szantażowała go ujawnieniem kompromitujących zdjęć.

W 2009 roku do jego biura senatorskiego zgłasza się Krzysztof W. Mówi, że ma ważne informacje na temat Piesiewicza, które można "przykryć" w mediach innymi ważnymi informacjami, które też posiada. Zostawia swój numer telefonu. - Sekretarka przybiegła roztrzęsiona - mówi Piesiewicz.

Senator umawia się z W. i jedzie pod wskazany przez mężczyznę adres: pod katedrę polową Wojska Polskiego. W. wsiada do samochodu. "Są filmiki z panem. Ja to mogę zatrzymać". Wydał się Piesiewiczowi "dziwnym człowiekiem". - Jest po pięćdziesiątce. Na moje stare adwokackie oko taka "szarość". To jest bardzo charakterystyczne dla osób z pewnych kręgów - mówi senator. "Jak pan może, to niech pan zatrzyma" - relacjonuje koniec swojej rozmowy z W.

Potem Krzysztof W. dzwoni i mówi, że załatwia sprawę, ale że "ma sprawy o niepłacenie jakichś podatków, akcyzy na 800 tys.". Nie żąda wprost pieniędzy, mówi, że ma problem. Dochodzi do kolejnego spotkania. - W trakcie tego spotkania dzwoni do mnie jakaś pani, przedstawia się jako Zosia i mówi, że ma ważny przedmiot dla mnie, jakąś płytę. Ja już wiem, co się dzieje. Jestem roztrzęsiony, Krzysztof W. na mnie patrzy i mówi: "Niech się pan nie denerwuje, panie senatorze, wszystko będzie dobrze".

Piesiewicz przystaje na spotkanie z Zosią, która mówi, że jej jamnik wykopał płytę ze zdjęciami. I należy jej się znaleźne. Chce 300 tys. Piesiewicz się broni. Płaci - jak mówi - mniej. - Następnego dnia telefon, i tu pojawia się w sensie karnym pierwszy szantaż - mówi senator. Przychodzą SMS-y: "Jak nie dasz 200 tys., to już mamy umówionego redaktora". "Natychmiast daj pieniądze, bo już jesteśmy poumawiani z dziennikarzami". Dopiero wtedy Piesiewicz zgłasza sprawę do prokuratury.

Senator mówi, że "w sensie prawnym nie uległ żadnemu szantażowi". Tak, bo domaganie się znaleźnego za wykopaną przez jamnika płytę to wybieg ze strony szantażystów. Piesiewicz musiał być tego świadomy.

"Nikomu nie zrobiłem krzywdy, jestem uczciwym człowiekiem. To wyborcy zdecydują. Ludzie doskonale wiedzą, pomimo tego incydentu, że ich nigdy nie zawiodłem" - mówi w wywiadzie.

Piesiewicz zawiódł, bo uległ szantażystom. Spotykał się z nimi kilka razy, płacił. Nie wolno pertraktować z grupą przestępczą. Nie wolno płacić pieniędzy. Bo to zwykle rodzi kolejne zło. Dziś - zdjęcia Piesiewicza w sukience, a jutro - ktoś inny z obciętą głową porwany dla okupu. Taka jest logika grup przestępczych żyjących z szantażu.

Nic mnie nie obchodzą upodobania erotyczne Piesiewicza. Publikacja jego zdjęć w "Super Expressie" była wstrętna, służyła wyłącznie sensacji i upodleniu znanej osoby, co uwielbiają robić tabloidy.

Piesiewicz powinien odejść z polityki nie z powodu zdjęć. Jako prawnik musiał wiedzieć, że płacąc pieniądze i pertraktując z przestępcami naraża kolejne ofiary.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    71 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

We wtorek z ''Gazetą'':

  • Palce Lizać
  • Grube dzieci. Tabela
  • Ubezwłasnowolnienie. Poradnik, cz. 1