Jako reporter "Wyborczej" Krzysztof widział chyba wszystkie wojny tego świata. Był w Afganistanie, Czeczenii, państwach afrykańskich, Gruzji, Bośni, Naddniestrzu, Kongu, Rwandzie...

Przypatrywał się im uważnie. Przepuszczał przez migawkę swego aparatu tysiące tragicznych obrazów, by nam, siedzącym w zaciszu i bezpiecznym komforcie, dostarczyć ten jeden symbol, fotograficzną syntezę – to, co nazywamy istotą rzeczy. Krzysiek był jak filtr, przez który przepływały nędza współczesnego świata, okrucieństwo losu i zło człowieka. Tego człowieka, o którym Barbara Skarga mówiła, że nie jest to piękne zwierzę.

Krzysiek dawał nam więc lśniący owoc, wysublimowany obraz, a sobie zostawiał cały trujący osad wojny, pożogi, śmierci, nędzy, głodu i pogardy.

A przecież przy robieniu zdjęć w tej krótkiej, dewastującej człowieka chwili trzeba zachować spokój i opanowanie. Ręka nie może drgnąć, oko – się załzawić, a oddech – być zbyt krótki. Targany emocjami fotoreporter nie odda rozpaczy matki, strachu dziecka, samotności wdowy, desperacji bojownika. Zgubi gdzieś prawdę. A Miller jej nie gubił.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej