Jedną z najbardziej ujmujących cech Emmanuela Macrona jest jego niewzruszona wiara w to, że potrafi przekonać każdego do słuszności swoich poglądów. W listopadzie ubiegłego roku najmłodszy spośród francuskich prezydentów chciał uczcić setną rocznicę zakończenia I wojny światowej, w tym celu odwiedził małe miasta leżące na obszarze dawnego frontu, gdzie rozmawiał z mieszkańcami o pokoju na świecie. Nie wyszło najlepiej. Zwykłym obywatelom, z którymi się spotkał, mniej zależało na rozmowie o wydarzeniach sprzed stu lat, a bardziej na wyrażeniu swojego niezadowolenia z polityki gospodarczej prezydenta – zwłaszcza z ogłoszonej wówczas podwyżki akcyzy na paliwo.

Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej