Najpierw widzimy twarz. W USA Donalda Trumpa, na Węgrzech Viktora Orbána, w Rosji Władimira Putina, w Turcji Recepa Tayyipa Erdogana – oto twarze mężczyzn, którzy pragną w demokratycznych krajach zaprowadzić kult jednostki.

To twarz od najdawniejszych czasów była znakiem przywództwa używanym przez klany czy plemiona. Jeśli widzimy tylko twarz, nie myślimy w kategoriach politycznych, zamiast tego akceptujemy nowy reżim i jego zasady. Jednakże w demokracji chodzi przecież o ludzi, a nie o jednego, zmitologizowanego człowieka.

Ludzie potrzebują prawdy, a kult jednostki ją niszczy. Teorie demokracji, poczynając od tych ze starożytnej Grecji, przez oświeceniowe, aż po współczesne, biorą za pewnik, że świat podlega naszemu zrozumieniu. Że wspólnie ze współobywatelami podążamy za prawdą. Ale w ramach kultu osobowości prawdę zastępuje wiara – wierzymy w to, w co przywódca chce, byśmy wierzyli. Jego twarz zastępuje nam myślenie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej