Lipiec, wyjazd firmowy Netfliksa do nadmorskiego kurortu w Kalifornii. Prezes Reed Hastings wstaje, zwracając się do ok. 500 menedżerów. Niedawno zwolnił głównego dyrektora ds. komunikacji za to, że ten użył słowa na N (wulg. czarnuch). Dyrektor, który jest biały, gorąco zapewniał, że obraźliwe słowo nie było skierowane do nikogo konkretnego, a on sam potępia używanie takiego słownictwa nawet w programach satyrycznych.

W firmie obowiązuje „kultura Netfliksa” – szczerość i przejrzystość zaliczane są do najwyższych cnót, a otwarte dyskusje o przewidywanych zwolnieniach określonych pracowników są na porządku dziennym.

Dyrektor Jonathan Friedland, o którym mowa, „naświetlił” swój występek – tak w Netfliksie nazywa się przeprosiny lub przyznanie się do błędu przed kolegami – w nadziei, że sprawa ucichnie. Tak się jednak nie stało. W czerwcu Hastings zwolnił Friedlanda. Podczas wyjazdu firmowego łamiącym się głosem przepraszał, że decyzja w sprawie Friedlanda zajęła mu kilka miesięcy. Zasugerował, że może to być cenne doświadczenie dla firmy, po czym wyciągnął cytrynę i nóż, przeciął owoc na pół i wycisnął ją do kubka. – Kiedy życie daje ci cytrynę – przerwał, by wziąć łyk – zrób z niej lemoniadę.

Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej