Wyniosłe łańcuchy górskie, lasy i malownicze rzeki zasilane wodą spod lodowców sprawiają, że Nowa Zelandia idealnie nadaje się na scenerię Śródziemia z „Władcy pierścieni” – ekranizacji cyklu Tolkiena, która rozsławiła piękno przyrody tego kraju.

Kiedyś, gdy baskijskie miasto Bilbao zdecydowało się na awangardowy gmach Muzeum Guggenheima, zyskując światowy rozgłos, przyciągając turystów i zachęcając naśladowców, nazwano to „efektem Bilbao”. Dziś Nowa Zelandia zmaga się z „efektem Władcy pierścieni ”.

Łodzie motorowe prują dziewiczymi rzekami pełne turystów poszukujących mitycznego Isengardu, gdzie uwięziony był czarodziej Gandalf. Turyści podróżujący w wynajętych przyczepach kempingowych zostawiają za sobą góry śmieci. Dziesiątki tysięcy kursów helikopterów rocznie transportują odwiedzających – niektórych obutych w klapki – na nowozelandzkie lodowce, które niegdyś były strefą zarezerwowaną dla profesjonalnych wspinaczy. Jednej z grup trzeba było spieszyć na ratunek, gdy spróbowała boso wspinać się na górę Ngauruhoe w hołdzie dla wspinaczki tolkienowskich bohaterów na Górę Przeznaczenia.

Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej