Ukształtowana przez cysterny, przeorana przez transport ciężkich maszyn budowlanych na naczepach droga, którą ulewne deszcze zamieniają w błotniste koleiny, dociera do Luhwindja. Na szczycie wzgórza widać bramy, które stanowią wejście do kopalni zarządzanej przez kanadyjską firmę Banro. W okolicy nikt już nie mieszka, przemysłowa eksploatacja złota w Kiwu wypędziła chłopów na niżej położone tereny w dolinie. Wycieki rtęci zatruły wodę, którą dawniej piło bydło. Górna warstwa gleby została zniszczona przez gigantyczne koparki.

Osoby wywodzące się z ludu Luhwindja każdego ranka schodzą w kierunku rzeki, ześlizgując się po błocie z łopatami w rękach. Godzinami przekopują dno doliny, tworząc zdeformowane kanały, w których ślizgają się młodzi chłopcy szczupli jak węgorze. Przesiewają ziemię na brzegu, próbując zebrać kilka miligramów złota, które jest zarówno bogactwem, jak i przekleństwem regionu.

Pozostało 82% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej