Po dwudziestu latach pracy w przemyśle naftowym i gazowym 54-letni Eric Neece przyzwyczaił się do wzlotów i upadków sektora. Nie był więc zaskoczony, kiedy w 2015 r., po gwałtownym spadku cen ropy, zwolniła go teksańska firma GE Oil & Gas. Uznał, że praca powróci, gdy ceny znów pójdą w górę.

Prawie miał rację. Praca faktycznie wróciła. Ale dawna robota Neece’a, która polegała na pomiarach w odwiercie tysiące metrów pod ziemią, przestaje istnieć – coraz częściej takie zadania są nadzorowane zdalnie i obsługiwane automatycznie.

Presja na innowacje

Technologia już wpłynęła na popyt na pracę w większości fabryk na całym świecie, obecnie przekształca energetykę. Zwiastuje to koniec jednego z ostatnich sektorów w Ameryce, w których pracownicy fizyczni mogą liczyć na sześciocyfrowe zarobki.

– W naszej branży było wiele osób zarabiających 150 tys. dol. rocznie za pracę w terenie – powiedziała Kathryn Humphrey, która spędziła dwie dekady w BP, ostatnio w programie tzw. cyfrowej platformy naftowej, w 2013 r. przeszła na emeryturę. – Te czasy się kończą.

Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej