Swój Green New Deal (Zielony Nowy Ład) – nawiązujący nazwą do pakietu reform społeczno-gospodarczych Franklina D. Roosevelta w czasach Wielkiego Kryzysu z lat 30. – Demokraci ujawnili w zeszłym tygodniu. Są to w istocie dwie oferty: jedna dotycząca walki z globalnym ociepleniem, druga związana z tworzeniem milionów dobrze płatnych miejsc pracy dla określonych grup docelowych.

Indywidualnie oba cele mają swoje zalety. Ale sposób, w jaki Green New Deal je łączy, gwarantuje, że łagodzenie skutków zmian klimatu będzie zarówno absurdalnie kosztowne, jak i głęboko upartyjnione. A to może spowodować, że bardziej prawdopodobne będzie raczej opóźnienie niż postęp w realizacji działań mających przynieść zahamowanie niekorzystnych zmian klimatycznych.

Sektor prywatny nie ma motywacji do redukcji emisji

Przesłanki leżące u podstaw programu Green New Deal są słuszne. Być może świat nie ulegnie samozapłonowi w ciągu najbliższych 10 lat, jednak zgodnie z informacją IPCC, Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu afiliowanego przy ONZ, globalna emisja dwutlenku węgla musi zacząć spadać, i to radykalnie, w możliwie krótkim czasie, aby udało się powstrzymać wzrost temperatury o wartość powyżej 1,5 stopnia Celsjusza w porównaniu z jej średnimi poziomami z XIX wieku. Większy wzrost temperatury oznacza bowiem prawdopodobieństwo występowania ekstremalnych warunków pogodowych, fal zabójczych upałów i podnoszenia się poziomu mórz.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej