Dobre dane gospodarcze z regionów przygranicznych nie zrobiły jednak takiej kariery politycznej w UE jak słynny już „polski hydraulik”. To właśnie ten mityczny rzemieślnik (którym równie dobrze mógłby być przecież czeski dekarz albo węgierski stolarz) wywoływał gorące emocje zarówno przed 2004 rokiem, jak i po nim.

Nadawał się idealnie na potwierdzenie obaw, że oto wkrótce Europę zaleją hordy, które narzucą rdzennym przedsiębiorstwom stawki dumpingowe i odbiorą pracę. W końcu przecież jednym z głównych powodów, dla których większość Brytyjczyków zdecydowała się na opuszczenie Unii, była właśnie masowo migrująca tania siła robocza.

Nie był to jedyny argument, który był powodem niechęci wobec rozszerzenia Unii na wschód. Społeczność europejska obawiała się importu przestępczości i korupcji, a do tego miliardowych wydatków z własnego budżetu. Te same argumenty pojawiają się w dobie rosnącego nacjonalizmu i izolacji, gdy toczy się dyskusja dotycząca Bałkanów Zachodnich. Do Unii chce przystąpić sześć krajów tego regionu: Serbia, Czarnogóra, Albania, Bośnia i Hercegowina, Macedonia i Kosowo.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej