Produkcja oleju palmowego jest wielkim dylematem. Szkody, jakie wyrządzają uprawy palm olejowych, są dobrze znane, gdyż nieprzerwanie pochłaniają całe połacie gruntów ze szkodą dla lasów tropikalnych i ich bioróżnorodności. Problem dotyczy przede wszystkim Azji, ale także Ameryki Południowej i coraz częściej Afryki. Wylesianie będące tego skutkiem pogarsza jakość wody i przyspiesza erozję gleby, powoduje wysychanie torfowisk bogatych w materiał organiczny oraz dużą emisję gazów cieplarnianych. W chwili obecnej nic nie potwierdza tezy o efektywności upraw zwanych zrównoważonymi. Mimo to najnowszy raport Międzynarodowej Unii Ochrony Przyrody (IUCN) na temat tych plantacji nie ma tonu potępienia. Dlaczego?

Z punktu widzenia bioróżnorodności IUCN, która poświęca tej kwestii sążnisty raport, ma jednoznaczne zdanie – zakazanie stosowania oleju palmowego nie rozwiązuje problemu. Według tej instytucji sporządzającej spis fauny i flory wedle stopnia ich zagrożenia wyginięciem równanie jest tu proste – próba zatrzymania rozwoju uprawy palmy olejowej wiąże się z ryzykiem, że producenci sięgną po inne rośliny oleiste. Jeżeli będzie to rzepak, słonecznik lub soja, to „ich uprawa będzie wymagała dziewięciokrotnie większego areału niż w przypadku upraw palmy olejowej przy zachowaniu porównywalnego poziomu produkcji”. Tak więc zastąpienie palm olejowych uprawami innych roślin oleistych może doprowadzić do jeszcze bardziej katastrofalnego wylesienia.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej