Tchibarakaten w Nigrze – tu wśród piasków Sahary, niedaleko granicy z Algierią, wznosi się samotnie miasteczko namiotowe. Choć w okolicy roi się od przemytników ludzi, szmuglerów narkotyków i dżihadystów, w ciągu ostatnich dwóch lat do tego wyjętego spod prawa regionu przybyło ok. 35 tys. ludzi – głównie z Afryki Zachodniej i Środkowej. Szukają złota.

W Tchibarakaten działa największa półdzika kopalnia złota w Nigrze. Ten biedny kraj (ale o najwyższym na świecie wskaźniku urodzeń) stał się kluczowym sojusznikiem Zachodu na afrykańskim froncie wojny z terrorem i ważnym elementem układanki w staraniach Zachodu o ograniczenie migracji.

Chętni do pracy w kopalni przyjeżdżają na osłach, motocyklach, a nawet przychodzą pieszo. Ostatnią część trasy przez monotonny pustynny krajobraz pokonują w ciężarówkach pod eskortą wojska. W końcu ich oczom ukazuje się wielotysięczna osada. Sklepy są tam prowizoryczne, ale można w nich kupić wszystko: od ciastek i tuńczyka w puszkach po wykrywacze metalu i dynamit. Jak grzyby po deszczu wyrosły restauracje, punkty opieki medycznej i bary – wszystko zasilane głośno szumiącymi generatorami.

Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej