Czasami lepiej być mniej widocznym, a nawet obniżać własną wartość, by znaleźć się poza zasięgiem wzroku. Satya Nadella jest mistrzem tej strategii. 50-letni szef Microsoftu, który urodził się i wychował w Indiach, jest skromny i spokojny. Od czterech lat kieruje koncernem z Redmond w stanie Waszyngton.

Gdyby postawić Nadellę obok jego poprzednika Stevena Ballmera, mało kto zauważyłby jego obecność, bo tak bardzo się od siebie różnią. Ballmer występował przed programistami na scenie w przepoconej koszuli, tupiąc i wrzeszcząc. Raz tak głośno wykrzykiwał „Windows!”, że zerwał sobie struny głosowe i musiał się poddać operacji. Nadella również występuje przed programistami, ale na tle krępego Ballmera wygląda, jakby prześlizgiwał się po scenie.

Wszystko to powoduje, że Nadellę łatwo zlekceważyć. Byłby to jednak poważny błąd. Udało mu się w mgnieniu oka postawić Microsoft na głowie, i to niemal niezauważenie. Jeszcze kilka lat temu niewiele spodziewano się po koncernie. Model biznesowy oparty na systemie operacyjnym Windows, dzięki któremu Bill Gates stworzył giganta, kurczył się wraz z rozwojem rynku smartfonów i tabletów. Przejęcia, takie jak Nokii w branży komórek, okazały się porażką. Panowało powszechne przekonanie, że Microsoft przespał najważniejsze trendy technologiczne. Nawet na internet koncern zwrócił uwagę bardzo późno. Nie udało mu się również wejść w branżę smartfonów. Pionier ery komputerowej nie był ostatnio traktowany poważnie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej