Były doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Zbigniew Brzeziński ostrzegał w 1997 r., że największym długoterminowym zagrożeniem dla amerykańskich interesów będzie „wielka koalicja” Chin i Rosji – „zjednoczona nie przez ideologię, ale przez wspólnotę doznanych upokorzeń”. Koalicja ta „w swej skali będzie wyzwaniem porównywalnym do dawnego bloku chińsko-sowieckiego, choć tym razem to Chiny będą grały pierwsze skrzypce” – wieszczył Brzeziński.

Niewielu posłuchało jego ostrzeżeń. Tymczasem sojusz „pokrzywdzonych” mocarstw właśnie przestaje być hipotezą i wkrótce może stać się geostrategicznym faktem. Pekin i Moskwa zbliżają się do siebie, by wspólnie sprostać temu, co uważają za „amerykańskie zagrożenie”.

Wróg mojego wroga jest moim przyjacielem

Idea sojuszu dwóch potężnych mocarstw Eurazji długo wydawała się decydentom w Waszyngtonie tak dziwaczna, że nie poświęcali jej zbyt wiele uwagi. Jeszcze w sierpniu ówczesny sekretarz obrony Jim Mattis oceniał, że interesy Moskwy i Pekinu są „w oczywisty sposób sprzeczne” i że nie ulega wątpliwości, że wartości i kultury tych krajów znacznie się od siebie różnią.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej