REPUBLIKAŃSKA ADMINISTRACJA W WASZYNGTONIE WYSTOSOWAŁA DOSADNE OSTRZEŻENIE: jeśli Europa nie stworzy szybko wspólnej armii, Stany Zjednoczone będą musiały dokonać „ostatecznego przeszacowania” swoich zobowiązań na rzecz obrony europejskich sojuszników.

Był 1953 r., a głównym obiektem gniewu Amerykanów była Francja, która zwlekała z ratyfikacją podpisanego rok wcześniej traktatu o Europejskiej Wspólnocie Obronnej. W praktyce oznaczało to wstrzymanie przygotowań do utworzenia europejskiej armii.

Presja ze strony administracji Dwighta D. Eisenhowera przyniosła odwrotne efekty: francuski parlament ostatecznie odrzucił traktat w sierpniu 1954 r. Ideę wspólnej europejskiej polityki obronnej odłożono na półkę na dekady.

Gwarant niepodległości

Dziś naciski na europejską niezależność w dziedzinie obrony, być może nawet wspólną armię UE, znów przybierają na sile, częściowo dlatego, że wiele krajów członkowskich powątpiewa w determinację prezydenta Donalda Trumpa, by bronić kontynentu przed odżywającym zagrożeniem ze strony Rosji. Nagła decyzja Trumpa, by wycofać amerykańskie wojska z Syrii, która doprowadziła do rezygnacji sekretarza obrony Jima Mattisa, sprawiła tylko, że te obawy stały się jeszcze bardziej realne.

Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej