Pod koniec ubiegłego roku nowojorski restaurator Joey Allaham odwiedził synagogę Park East w Nowym Jorku, by złożyć prawnikowi Alanowi Dershowitzowi ofertę.

– Przyjedź do Dauhy, stolicy Kataru – powiedział. – Emir zaprasza.

Dershowitz nie znał wcześniej Allahama i początkowo odmówił, jednak ostatecznie dał się przekonać. Nie wiedział, że znalazł się na liście 250 osób, które według Allahama i jego partnera w biznesie, lobbysty Nicka Muzina, mają wpływ na otoczenie prezydenta Donalda Trumpa.

Lista była elementem nowej kampanii lobbingowej Kataru. Ten niewielki kraj podjął ją, gdy jego sąsiedzi z Zatoki Perskiej nałożyli na niego blokadę i uzyskali poparcie Trumpa. Katar chciał przywrócić dobre stosunki z USA. Plan był prosty: pozyskując ludzi, którzy mają wpływ na Trumpa, pozyskamy prezydenta.

Wkrótce po wprowadzeniu blokady Allaham zaoferował swoje usługi katarskim urzędnikom.

– Chcemy przeprowadzić kampanię, bombardując uwagę Trumpa tak często, jak to tylko możliwe – powiedział.

Przeprowadzona w następnym roku niekonwencjonalna operacja lobbingowa miała wpłynąć na działania niekonwencjonalnego prezydenta. Udowodniła też, jak bardzo zmieniły się reguły gry w branży lobbingowej za prezydentury Donalda Trumpa.

Ponieważ Trump często unika tradycyjnych metod prowadzenia polityki i zamiast stosować się do utartych zasad, opiera się na radach przyjaciół i współpracowników, przez ostatnie półtora roku grupy interesów musiały przeorientować swój lobbing. Ich celem stało się wykupienie reklam wyświetlanych w trakcie ulubionych programów telewizyjnych prezydenta i dotarcie do ludzi z jego otoczenia.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej