Za umową o współpracy wojskowej i technicznej pomiędzy tymi krajami, drzemiącą w szufladach od 19 lat, a przyjętą nazajutrz po wizycie w Kinszasie rosyjskiego wiceministra spraw zagranicznych Michaiła Bogdanowa, szybko pojawiły się konkretne czyny. I tak generał Denis Kalume, szkolony w belgijskiej Królewskiej Szkole Wojskowej i uznawany za jednego z oficerów najbliższych szefowi państwa, został mianowany na stanowisko ambasadora w Rosji i jednocześnie według niektórych źródeł w Kinszasie wylądowało ponoć 300 rosyjskich techników i innych „ekspertów”.

Niejasna umowa

Treść umowy jest dosyć niejasna. Przewiduje dostawy rosyjskiego uzbrojenia i sprzętu wojskowego, wyposażenia specjalnego oraz misje doradcze, ale także szkolenia kongijskich specjalistów wojskowych w rosyjskich szkołach. Nic ponad to, co figurowało w umowie z 1999 r., podpisanej przez ojca obecnego prezydenta Laurenta-Désiré Kabila, który poczuł się zdradzony przez tradycyjnych sojuszników Konga. Ci ostatni najpierw zachęcili uczestników pierwszej wojny w Kongu (lata 1996-97) do obalenia reżimu Mobutu Sese Seko. Następnie szybko poczuli się rozczarowani niegdysiejszym rebeliantem i zwolennikiem Patrice’a Lumumby. Ten bowiem natychmiast podjął działania prospołeczne, a przede wszystkim poprosił sojuszników z Rwandy i Ugandy o opuszczenie terytorium kraju, co spowodowało wybuch drugiej wojny domowej w Kongu w sierpniu 1998 r. Kiedy w 2001 r. zamordowano jego ojca, do władzy doszedł Joseph Kabila, zabiegający o pomoc Zachodu. Nowy przywódca pozostawił odłogiem umowę wojskową z Rosjanami i zwrócił się w kierunku Chin, umożliwiając im inwestycje w górnictwo w zamian za budowę infrastruktury, w tym sieci dróg.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej