Farmerzy w chevroletach jadą na pokaz lokalnego rodeo, gdzie kowboje w dżinsach zabawiają tłumy. Scenka z reklamy Marlboro? Nie, to Brazylia – a dokładnie jej najbardziej konserwatywny rejon. Oddalony o 14 godzin jazdy od najbliższej plaży, kompletnie nie przypomina kraju, który słynie w świecie z liberalnego hedonizmu.

Przez ostatnie 15 lat brazylijscy konserwatyści z niepokojem obserwowali, jak w Ameryce Łacińskiej lewica rośnie w siłę. Widzieli, jak farmerzy, którzy bronią uprawianej przez siebie ziemi przed roszczeniami rdzennych plemion, idą do więzienia. Wzdrygali się, gdy w ich ulubionych operach mydlanych pojawili się homoseksualni bohaterowie. I narzekali w lokalnych klubach strzeleckich na wysokie podatki, przestępczość i skandale korupcyjne, do jakich dochodziło za ostatnich dwóch lewicowych rządów.

– Trzeba w końcu przywrócić temu krajowi moralność – mówi 71-letni Francisco Lima, emerytowany właściciel apteki. Jego żona Maria wstaje z wiklinowego krzesła i przynosi domową lemoniadę. – Brazylię opanowali przestępcy i skorumpowani politycy – wścieka się jej mąż.

Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej