Rozmowa z Katarzyną Szymielewicz (Fundacja Panoptykon) i Kamilem Śliwowskim (Fundacja Nowoczesna Polska)
Aleksandra Pezda: Czy internetu trzeba się bać?
Katarzyna Szymielewicz: Trochę tak. Nie chcę technologią straszyć, jednak ostrzeżenie się przyda. Beztroskie korzystanie z internetu zagraża bezpośrednio naszym urządzeniom: komputerom, telefonom, oprogramowaniu. Mam na myśli np. ataki rozmaitych robaków i wirusów, w tym pochodzących ze spamu, czy przejmowanie kontroli nad naszym sprzętem (tzw. komputery zombi). Ale to są zagrożenia już oswojone. Ja chciałabym zwrócić uwagę na te mniej bezpośrednie, mniej znane użytkownikom internetu. Chodzi o to, kto sprawuje kontrolę nad naszymi danymi.
Oto przykład: współczesny człowiek często ma problem z samotnością - aby sobie z tym poradzić, wchodzi do internetu. Najbliższy przyjaciel? Facebook. I jest pokusa -powiedzieć mu wszystko: z kim się spotykasz i gdzie, jak się bawisz, pokazać zdjęcia, napisać: tu piję kawę, a tam bywam.
Jesteś klubowiczem? Ze strony twojego klubu na tym samym Facebooku dowiadujesz się wszystkiego: kiedy są imprezy i kto się na nie wybiera. I sam też się wpisujesz.
A może biegasz? Masz aplikację w telefonie lub czip w bucie, które rejestrują twoje osiągnięcia i same wrzucają dane do internetu, gdzie porównywane są z osiągnięciami innych. To są ludzie do ciebie podobni, czujesz się z tym lepiej. Znalazłeś remedium na poczucie osamotnienia.
Tylko że to ma swoją cenę: "sieć" wie na twój temat więcej, niż sobie wyobrażasz, i prawdopodobnie więcej, niżbyś chciał.
To tylko błyskawiczna komunikacja - co w tym złego?
K.Sz.: W samej komunikacji - nic, to jest fenomenalne osiągnięcie, sama z niego korzystam! Ale rozmowy na czacie czy wpisy na stronie nie pozostają tylko między znajomymi. W sieci jest zawsze jeszcze ktoś: firma udostępniająca nam ten serwis. A dzięki jej pośrednictwu także firmy żyjące z informacji o nas: handlarze danych, badacze trendów rynkowych, pośrednicy na rynku reklamowym.
Nawet darmowe serwisy nie są tak całkiem za darmo. Za korzystanie z nich płacisz nie tylko oglądaniem reklam, którymi cię tam bombardują. Ich właściciele żyją z analizy informacji na twój temat. Najczęściej oferują pośrednikom reklamowym dopasowanie ich "towaru" do twojego profilu jako konsumenta; rzadziej po prostu sprzedają twoje dane innym firmom.
Wystarczy, że np. na Facebooku "lajkujesz" jakieś strony [klikasz: lubię to!], a na profilu umieściłeś - zmyślą o znajomych - datę swoich urodzin. Ten ruch i podobne ruchy innych użytkowników internetu analizuje firma badająca rynek i wyciąga wnioski. Dzięki temu wie, co lubią ludzie w twoim wieku należący do określonych kręgów społecznych. Może więc tym skuteczniej dobierać dla was strategię reklamową. A przecież na Facebooku jest ponad 500 mln ludzi! To gigantyczna baza informacji.
Podobnie z najpopularniejszą wyszukiwarką Google -czy nie podpowiada ci, z jakich usług mógłbyś skorzystać, na jakie strony wejść? Wie to dlatego, że obserwuje i analizuje twoje ruchy w internecie. Oczywiście, nie robią tego ludzie, tylko odpowiednie oprogramowanie, działające na zasadzie sztucznej inteligencji. System rejestruje np., jakie słowa kluczowe wpisujesz w wyszukiwarkę, na jakie wchodzisz strony. W tym momencie ta masa informacji nie jest używana do innych celów niż generowanie automatycznych podpowiedzi. Ale kto może przewidzieć, jakie możliwości analityczne Google będzie miał w przyszłości, do czego wykorzysta te informacje; Komu je udostępni.
Facebook, Google to tylko przykłady. Zasada w przypadku wszystkich firm internetowych jest taka sama. Informacja o nas jest faktyczną ceną, jaką płacimy za większość oferowanych nam usług.
Budując relacje z innymi ludźmi w internecie, należy analizować koszty, jakie się przy tym ponosi. I mieć świadomość, jakie "spaliny" pozostawiamy za sobą, poruszając się w cyfrowym świecie. Z gąszczu generowanych w ten sposób informacji wyłania się twój precyzyjny profil.
Jakie są te koszty?
Kamil Śliwowski: Ryzyko wycieku i przejęcia danych. Internuaci łatwo się bronią przed zagrożeniami typu wirus czy spam, instalując odpowiednie programy i filtry. Jednak zapominamy, że informacje, które wrzuca się do sieci, potencjalnie są dostępne osobom trzecim.
I nie chodzi tylko to, o czym sami decydujemy - jeśli prowadzimy otwarty blog, liczymy się z tym, że może go czytać każdy. Chodzi o to, co uważamy, że jest tylko nasze, prywatne.
Osoby postronne mogą przeczytać wszystko, co piszemy w mailach i na czacie, prześledzić, co czytamy, oglądać zdjęcia w sposób, którego nawet nie zauważymy. W sieci nic nie jest prywatne, są tylko rzeczy lepiej lub gorzej zabezpieczone.
Przecież nikt nie śledzi prywatnej komunikacji każdego internauty.
K.Sz.: Może nie personalnie. I na pewno nie każdego, bo przed tym można się bronić. Jednak dla firmy reklamowej nie jest istotne, jak się nazywasz. Jeśli wie, że raz kupiłeś buty na konkretnej stronie internetowej - spróbuje sprzedać ci kolejne, podobnej marki czy jakości. Są nawet sytuacje, że sam w takim śledzeniu pomagasz. Jest, np. taka aplikacja na Facebooku, dzięki której możesz sprawdzić, jak wygląda sieć twoich znajomych. Ludzie robią to trochę dla zabawy, trochę z ciekawości. Mało kto jednak wie, że wygenerowany w ten sposób zestaw danych jest bardzo cenny właśnie dlatego, że można lepiej dobrać usługi pod ciebie i twoich znajomych. Inna sprawa, że sam Facebook wciąż analizuje dane na temat struktury naszych sieci znajomych, np. żeby sprawdzić wiarygodność kont. Jeśli schemat sieci znajomych jest "sensowny" (na zasadzie: twoja sieć kontaktów jest uprawdopodobniona przez takie węzły, jak: praca, szkoła czy wspólne zainteresowania), Facebook cię nie niepokoi. Ale jeśli dzięki analizie struktury sieci stwierdzi, że twoje powiązania wyglądają na przypadkowe, sprawdza, czy konto nie jest fikcyjne i czy nie należy do spamera. Kto jednak wie, kiedy i komu korporacja udostępni te dane w innym celu?
Jest jeszcze geolokalizacja - młodzi ludzie wchodzą w to jak w masło. Z komórką w ręku, nawet bez włączonego GPS, jesteśmy "widziani" między innymi dzięki wszechobecności sieci radiowych, z którymi może się skomunikować nasz telefon. W Polsce to nie jest jeszcze powszechne zjawisko, ale np. w USA doskonale działa marketing bezpośredni "atakujący telefon": idziesz ulicą, a na twojej komórce pojawiają się kolejne wabiki - zaproszenie od knajpy, w której byłeś trzy dni wcześniej, przeceny w sklepie
Działanie tego systemu niezwykle ułatwia "zameldowanie się" na Facebooku lub Foursquarze (serwis oparty właśnie na meldunkach użytkownika w miejscach, w których przebywa).
Jeśli nic się nie zmieni, za kilka lat wielkie korporacje nas znokautują - już nie będziesz kupował tego, co potrzebujesz, tylko to, co zostanie ci zaproponowane.
Co z tym robić? Przecież nie odizolować się od internetu.
K.Ś.: Nie przyjmować maili, nie używać komórki? To już nie bardzo jest możliwe. Godzimy się więc z częściową utratą prywatności, ale róbmy to pod maksymalną kontrolą. I te granice musimy wyznaczać ciągle, nie wystarczy raz.
Pierwsza, podstawowa zasada: zawsze podawajmy minimalną ilość swoich danych. Każde nasze zdjęcie w internecie tkwi tam, nawet jeśli my o nim już zapomnimy. Lepiej więc nie umieszczać takich, które mogą nas za bardzo odkryć.
Poza tym, ludziom nie chce się o tym myśleć, ale również z właścicielami darmowych serwisów podpisują prawdziwe umowy użytkowania. Mało kto czyta regulaminy, kiedy się loguje na jakiejś stronie, chociaż warunkiem użytkowania jest potwierdzenie, że to zrobił. A tu czyha wiele niebezpieczeństw - np. właściciel konta pocztowego zastrzega sobie, że może je usunąć z byle powodu albo że może nasze dane przekazać innym firmom w celach komercyjnych.
Mało kto przejmuje się tym, że YouTube od lat zastrzega sobie prawo do "korzystania, powielania, rozpowszechniania i opracowywania bądź wystawiania" każdej zamieszczonej w serwisie treści. Ale kiedy Nasza Klasa taki zapis wprowadziła do swojego regulaminu, była wielka awantura.
Internet to narzędzie pełne zagrożeń, ale też pełno w nim zabezpieczeń przed zagrożeniami. Tych zabezpieczeń trzeba się uczyć.