Obie wspomniane cechy ujawniają się brutalnie w sytuacji, z którą mamy do czynienia w tym roku. Powstało bowiem podejrzenie, że maturzyści wykorzystali przemycone na egzamin telefony komórkowe do ściągania z internetu pożytecznych wiadomości na temat bohaterów "Świętoszka" (patrz: "Gazeta", 19 maja, "Sieciowe plagiaty na tegorocznej maturze"), a może też na inne maturalne tematy... Kraj, w którym ściąganie traktowane jest jako przejaw zaradności i sprytu, powód do przechwałek i lekceważenia uczciwych niedorajdów, pobił kolejny rekord. Rekord mimikry w stylu późnego Gierka - uczniowie udają, że samodzielnie rozwiązują maturalne zadania, państwo udaje, że ich rzetelnie z tego rozlicza. Każdy uważa, że przechytrzył przeciwnika. Wszyscy są zadowoleni. Zadowolenie z przechytrzenia to subiektywna wartość dodana. Dodana do samopoczucia maturzystów i władz oświatowych.
Sympatyczni ideowcy (zawsze to lepiej brzmi niż "poczciwi naiwniacy") podnoszą alarm. Pytają, wołają, gdzieś by lecieli, coś by naprawiali. Ale doraźne działania w przypadku naszej damy o nadwątlonej renomie jest jak nakładanie pudru na pryszcze. Coś się przysłoni, coś zamaskuje, ale choroba od tego nie ustąpi.
Próg, a właściwie prożek
Jeśli chcemy odmienić brzydkie oblicze naszej współczesnej edukacji, musimy postawić sobie proste pytanie: czy stać nas na zerwanie z terrorem statystyk, które co roku obwieszczają edukacyjny sukces w postaci imponującej zdawalności matury (na przykład z języka polskiego), oraz ideą jak najszerszej społecznej inkluzji, czyli włączania do warstwy oświeconych każdego napotkanego młodego człowieka. Jednym z narzędzi takiej polityki jest specyficzne ustawienie progu zdawalności (osławione 30 proc.) i charakter zadań maturalnych. Maturzyści są w tej sytuacji wprost skazani na sukces. I tylko wyjątkowo uparte i nonkonformistyczne jednostki decydują się - chyba w ramach młodzieńczego buntu - nie zdać egzaminu dojrzałości. Oczywiście, sprawa ma swój kontekst polityczny. Ponieważ żadna ekipa polityczna nie ma odwagi zmierzyć się z nieprzyjemną prawdą i nie ma ochoty kojarzyć okresu swoich rządów z kiepskimi wynikami w tym czy innym sektorze publicznej działalności, dochodzi czasem do takich absurdów jak za czasów ministra Giertycha, który postanowił rozdawać maturę jak Święty Mikołaj cukierki.
Logika edukacyjnego triumfu fundowana jest na demokratycznym przesłaniu maksymalnego zwielokrotnienia odbiorców kultury i uczestników edukacji średniego i wyższego szczebla. Osobną kwestią staje się przymus ekonomiczny - państwowe uczelnie muszą zdobywać część środków na własną rękę, a prywatne placówki muszą zarobić, bo po to zostały powołane. W konsekwencji możemy obserwować - jak zawsze w przypadku umasowienia i wprowadzenia mechanizmów rynkowych - interesujące zjawisko równania w dół, które nagminnie myli się z rozwojem i podciąganiem w górę.
Rynek albo Dziki Wschód
Ostatecznie można by żywić nadzieję (i niektórzy żywią), że wolny rynek zweryfikuje wyniki tej radosnej inkluzji, by nie rzec - naciąganego awansu. Ale zanim rynek zweryfikuje, rosa oczy wyje. Ogromna część niedouczonych, za to uzbrojonych w dyplomy i tytuły absolwentów szkół wyższych, akademii i uniwersytetów trafi do pracy w państwowych urzędach i szkołach. Zwłaszcza te szkoły mnie bolą. I los dzieci (naszych dzieci), które mogą zostać skazane na reprodukcję nieumiejętności i niewiedzy. Kółko się zamyka - niedouczone dzieci powtórzą drogę swych niedouczonych pedagogów.
Problem z wolnym rynkiem polega też na tym - że też ja to muszę pisać, liberał i wyznawca wolnego rynku - że w Polsce jest to wciąż rynek dość dziki, z ociężałymi instytucjami kontroli i weryfikacji, z zaszłościami mentalnymi społeczeństwa, które przez dziesiątki lat było zmuszane do tego, by uczyć się kombinowania, a nie rzetelnej pracy.
Po pierwsze - problem
Ale do rzeczy, bo najłatwiej ponarzekać, a potem zostać jeszcze z pół godziny ze szlachetnym grymasem na twarzy. Jak wyjść z tego edukacyjnego impasu? Potrzebna byłaby jakaś wizja całościowa, w której wytyczono by sensowne kierunki i cele. W pojedynkę nie stać mnie na taką wizję, tu potrzebna jest praca zespołowa. Mogę jednak upominać się o sprawy mi najbliższe, na przykład o nowy model egzaminów maturalnych z języka polskiego.
Być może całkowita eliminacja pokusy wykorzystania internetu w trakcie zdawania egzaminu pisemnego z tego czy innego przedmiotu jest dziś nieosiągalna. Ale można tę pokusę minimalizować, czyli obniżać przydatność gotowej wiedzy o tekstach, bohaterach czy epokach literackich, jakiej jest pełno w sieci. Kwestia ta dotyczy nie tylko egzaminów, ale też kształcenia kulturowo-literacko-językowego w ogóle. I nie chodzi tu bynajmniej o to, żeby przechytrzyć ucznia. Chodzi o taki model nauczania, takie zakreślenie prymarnych celów kształcenia, by na pierwszy plan wysunąć rangę podejmowanych tematów oraz funkcjonalność i autentyczność proponowanych form wypowiedzi.
Oznacza to w praktyce, że nie będziemy pytać o charakterystykę Tartuffe'a, bo to na poziomie liceum już sprawa nieco żenująca, tym bardziej że czego jak czego, ale charakterystyk postaci to na pewno w internecie nie brakuje, ale postawimy pytania dotyczące tożsamości, wolności, sensowności bądź absurdu istnienia, mitologii narodowej, wiary, cierpienia, buntu, konformizmu, hipokryzji, kultury popularnej, przemian cywilizacyjnych, konfliktów pokoleniowych itp., itp. Sugeruję nie tylko odpowiednie sformułowanie pytania (polecenia), ale też odpowiedni dobór materiału inspirującego uczniowskie wypowiedzi. Niech będzie on poważny (w sensie jakości artystycznej i myślowej), niejednoznaczny, prowokujący do myślenia, skłaniający do rozważenia rozmaitych racji i zajęcia jakiegoś stanowiska. Postawienie zadania wymaga zazwyczaj, żeby w polu widzenia ucznia pojawiło się kilka tekstów, które da się ze sobą zestawiać, konfrontować, porównywać - na poziomie ideologii i estetyki. Niech będzie to zestawienie odświeżone zawsze jakimś nowszym tekstem, który wpisze się w kontekst oswojony poznawczo za sprawą kulturowej tradycji. Pomoc internetu w takiej sytuacji nie będzie już tak oczywista, a jeśli problem będzie rzeczywiście autentyczny i nieobojętny uczniom, pokusa korzystania z dwuznacznego dobrodziejstwa sieci będzie maleć.
Po drugie - forma
Druga kwestia wiąże się z formą wymaganej wypowiedzi. Na potrzeby matury wykreowano nowy gatunek wypowiedzi - "analizę fragmentu w odwołaniu do całości". Jest to gatunek w jakimś sensie laboratoryjny, sztuczny, niedookreślony przez jakąś uchwytną sytuację komunikacyjną, którą dałoby się odnieść do realnego życia, jakie toczy się poza murami szkoły. Tak jak nieszczęsna rozprawka bywa upośledzoną, karykaturalną wersją rozprawy, tak maturalna analiza fragmentu przyjmuje nierzadko postać niezamierzonej parodii tekstu naukowo-badawczego.
Uwzględniając zasadę funkcjonalności kształcenia i respektując pragmatyczne uwarunkowania sytuacji wytwarzania tekstu, co przekłada się na zauważalną retoryczność wypowiedzi, warto byłoby postawić konkretne wymagania co do sposobu ukształtowania maturalnych "wypracowań". Niech właśnie nie będą one bliżej nieokreślonymi wypracowaniami, ale przyjmują postać, dajmy na to: przemówienia, laudacji, polemiki, recenzji, sprawozdania, eseju, felietonu, zapisu w dzienniku intymnym, quasi-artykułu reklamowego itp., itp. Polecenie egzaminacyjne zawierałoby wówczas dodatkowo opis sytuacji komunikacyjnej (kto mówi, do kogo i w jakich okolicznościach) oraz propozycję gatunku wypowiedzi (także tu powinna pojawić się jakaś możliwość wyboru).
Korzyść z tego rodzaju rozwiązania byłaby i taka, że nauczyciele nie traciliby czasu przez trzy lata licealnej edukacji na ćwiczenie absurdalnej analizy , ale uprawialiby autentyczne kształcenie językowe, literackie i kulturowe.
Czego sobie i Państwu życzę.
* Janusz Waligóra - nauczyciel, współautor podręczników do języka polskiego z serii To lubię! dla szkół ponadgimnazjalnych, pracuje w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie na stanowisku adiunkta