http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Uczeń kopiuje, nauczyciel tropi

Aleksandra Kozłowska wróciła do V LO w Gdańsku
2010-05-18, ostatnia aktualizacja 2010-05-18 09:54

- Literatura jest dla nich zbyt smutna - mówi polonistka. - Zrazili się już na Biblii, a mitologia grecka tylko utwierdziła ich w przekonaniu.

Na lekcjach (teoretycznie) nie wolno używać komórek - choć zdarza się, że na prośbę nauczyciela uczeń znajduje coś w necie. Festiwal SMS-owy zaczyna się na przerwach - trzeba odczytać i odpowiedzieć na wiadomości z ostatnich 45 minut
Fot. Rafa3 Malko / Agencja Gazeta
Na lekcjach (teoretycznie) nie wolno używać komórek - choć zdarza się, że na...
ZOBACZ TAKŻE
SERWISY

Klikaj: www.szkola20.blox.pl, pisz: szkola-20@gazeta.pl



Czytanie lektur? Śmiech. Wikipedia? Niezbędna. Nauczyciel znajomym na Facebooku? Żaden problem, nawet jeśli zobaczy prywatne zdjęcia. A poza tym Dziki Zachód - żadnych spójnych standardów postępowania.

W ankietach przeprowadzonych na użytek akcji przez "Gazetę" w czterech licealnych klasach Trójmiasta większość uczniów na pytanie: "Czy zazwyczaj zamiast czytać lekturę, oglądam jej wersję filmową?", odpowiedziała "nie".

- Czytacie lektury? - pytam pierwszą klasę V LO w Gdańsku.

Wybuch śmiechu.

- Czytamy opracowania - odpowiadają, a na pytanie, kto przeczytał "Zbrodnię i karę" (obok "Makbeta" i "Zdążyć przed Panem Bogiem" to ich tegoroczne lektury), zgłaszają się dwie osoby.

- Dłuższy tekst drukowany ich męczy - mówi Sołmaz Kiazimowa, anglistka, w V LO (uczy od 30 lat). - Przyzwyczaili się do krótkich informacji w internecie. Dlatego u mnie jest słuchanie utworów z płyt albo kaset. I oglądanie filmów.

- Literatura jest dla nich smutna - komentuje polonistka Bożena Kudrycka. - Zrazili się już na Biblii, mitologia grecka tylko utwierdziła ich w tym przekonaniu.

- Przeczytałam to, co było warto, np. "Mistrza i Małgorzatę"- najlepsza lektura. Resztę olałam. Przed maturą czytałam głównie opracowania, moi koledzy też - mówi tegoroczna maturzystka.

- Trudno nieraz zachęcać do czytania czegoś, do czego samemu się nie ma przekonania - przyznaje kolejna polonistka. - Przede wszystkim warto by przewietrzyć ten kanon lektur, bo kogo dziś bawi "Zemsta"?

Gra w kopiowanie trwa

Po jednej stronie barykady nauczyciel, po drugiej - uczeń. Gra toczy się, jak zawsze, o ściąganie. Tylko że już nie z pomiętej karteczki ukrytej pod swetrem, ale z netu. Uczeń kopiuje, nauczyciel tropi.

- Z takim przyzwyczajeniem przychodzą już z gimnazjum - mówi Bożena Kudrycka. - Ale zapominają, jak łatwo to sprawdzić - wystarczy przecież wrzucić w Google'a kilka słów z ich rzekomej pracy, aby wyskoczyła strona, z której to wzięli. Bywa, że robią tylko "kopiuj wklej", nic nie zmienią. Czasem się tłumaczą, że ściągnęli tylko połowę, a resztę napisali sami. Tępię to bezlitośnie.

- To fakt, nauczyciele sprawdzają każdą pisemną pracę z polskiego - przyznaje maturzystka. - Znają najpopularniejsze strony, wiedzą, gdzie szukać. Jeśli jest totalny plagiat - jedynka, jeśli tylko ktoś się inspirował, np. zacytował fragment albo jakoś się do niego odniósł - do przyjęcia.

Wypracowania mogą być pisane na komputerze i drukowane.

- Nie wyobrażam sobie brnięcia przez ich ręczne pismo - przyznaje historyk. - Sam zresztą też pewnie miałbym problem z napisaniem ręcznie 3-4 stron.

- Ściągają wszystko. To nie do uniknięcia - nie ma złudzeń Sołmaz Kiazimowa. - Nauczyciel musi być więc sprytny. Nauczyłam się tak formułować temat, żeby trudno było im znaleźć gotowca. Na przykład żadnych "napisz recenzję filmu Zakochany Szekspir", tylko "Opisz bohatera, który zrobił na tobie największe wrażenie i dlaczego?". Ich naiwność bywa rozbrajająca - wydaje im się, że jak ściągną coś z angielskiej strony, to wystarczy. A ja przecież ze stu metrów widzę, że pisał to rodowity Anglik, do tego literaturoznawca czy krytyk filmowy. Oni nigdy by tak nie napisali. Myślą, że są tacy dobrzy, bo w "Słowniku synonimów" znajdą parę słówek i nimi zastąpią co niektóre, a ja się wtedy niby nie zorientuję. I że uwierzę, że nagle w pracy na 300 słów nie mam niczego do poprawiania. Chociaż wyjątkowo bezczelne kopiowanie staje się powoli rzadkością, bo ostro z tym walczymy. Bezlitośnie szydzę z ich tłumaczeń w stylu: "No, dobrze, nie pisałem sam, ktoś mi trochę pomógł". A ja wtedy mówię: "To szybko daj mi telefon do tego kogoś, od razu umówię się z nim na korepetycje".

Razem na Facebooku i Naszej-klasie

- Jestem na Facebooku, uczniowie dodają mnie do grona swoich znajomych - mówi jeden z nauczycieli. - Często po południu czy wieczorem gadamy. O różnych sprawach, na pewno nie o tym, co mają przygotować na sprawdzian, choć na Facebooku podrzucam im też np. materiały o tym, co Rousseau pisał na temat Polski. No i trafiłem kiedyś, przypadkiem - bo celowo ich nie kontroluję - na zdjęcie niepełnoletniego ucznia z jakiejś imprezy. Z piwem, fajką, widać że no dobrze się bawi. Czy powinienem zareagować? Na pewno nie meldunkiem do dyrekcji czy rodziców, to przecież jego prywatne fotki. Jednak podszedłem do niego w szkole i powiedziałem: "Słuchaj, stary, musisz być ostrożniejszy. Jesteś uczniem tej szkoły, ja nauczycielem, niezręcznie się czuję w takiej sytuacji". Jasne, że gdyby na tych zdjęciach kogoś gwałcili czy mordowali, nagłośniłbym sprawę.

- Moim zdaniem to ich prywatna sprawa, co tam wrzucają - uważa kolejny nauczyciel. - Przecież jak ich spotykam na ulicy, po szkole to też nie interweniuję, gdy ktoś pali. Inaczej szybko znaleźlibyśmy się w świecie Orwella. Pamięta pani tę aferę z licealistką z Gdyni, uczennicą IV klasy? Była pełnoletnia, w swoim prywatnym czasie wzięła udział w sesji dla "Playboya". Dyrekcja się dowiedziała i zwolniła dziewczynę ze szkoły. Czy to nie przesada?

- Uczniowie zapraszają mnie na Naszą-klasę i ich własne wewnątrzklasowe forum. Też miewam mieszane uczucia, gdy w swoim opisie uczennica deklaruje: "Pierdolę tę szkołę" - mówi nauczycielka. - Ale nie komentuję tego. Bo to jednak dowód zaufania i sympatii, takie zaproszenie. No i skraca dystans, co jest fajne. Sama nie rozmawiam z nimi o swoich prywatnych sprawach, ale są nauczyciele, którzy naprawdę się otwierają, piszą im, no nie wiem np. o tym, że dziś ich brzuch boli albo, że imprezka pożegnalna kolejnej trzeciej klasy była super, no i ta trzecia, z którą wcześniej nauczyciel się bawił, czuje się obrażona.

Napinanie się nauczyciela na nie wiadomo jaki pomnikowy autorytet jest już rzeczywiście passe. Nauczyciele wprost mówią, gdy czegoś nie wiedzą, nie mają oporów, aby pytać o to ucznia.

- Ale oni z kolei potrafią być bardzo mili, zaskoczyć czymś fajnym, np. SMS-em z wakacji, nie boją się mieć do nas zaufania - podkreśla młody nauczyciel. - Szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie życia bez nich, nie mogę się doczekać końca wakacji (śmiech). Zatem portale społecznościowe - OK, ale blogu już bym nie pisał - bałbym się, że poniosą mnie emocje - wrócę np. wkurzony ze szkoły i tam przeleję to wszystko. Ale swoją stronę mam, nie reklamuję jej wprawdzie wśród uczniów, jak któryś znajdzie - jego sprawa.

Komputera nie ma i nie brakuje

Wracając po blisko 20 latach do szkoły, miałam w pamięci nasze pomoce naukowe: wystrzępione mapy (nowością były plastikowe wypukłe, tam gdzie góry - fajnie się ich dotykało), jakiś globus, jelita w słoju formaliny, wielki drewniany cyrkiel i ekierkę do rysowania na tablicy, figury geometryczne z pospawanych prętów.

Co mamy w V LO?

Na terenie całej szkoły jest wi-fi. Na lekcjach (teoretycznie) nie wolno używać komórek - choć zdarza się, że na prośbę nauczyciela uczeń znajduje coś w necie. Zdarza się też, że znękany nauczyciel mówi: "Jak już masz gadać z kolegą z ławki i przeszkadzać, to lepiej weź komórkę i w coś pograj".

W większości klas stoi komputer ("ale to trupy - komentuje szeptem nauczycielka, zanim się włączą pół lekcji mija"), w sali informatycznej jest ich 18 ("działają, ale trudno się do tej sali dobić") plus cztery komputery w przedsionku sali. Kolejne 18 maszyn działa w sali multimedialnej i cztery w bibliotece. Do tego dwa laptopy i dwa rzutniki na szkołę ("nauczyciele je sobie wyrywają"). Tablic multimedialnych nie ma, podobno jedna będzie od września.

- W mojej klasie nie ma komputera i tak naprawdę nie odczuwam jego braku - twierdzi prof. Kiazimowa. - Myślę, że zgodzą się ze mną wszyscy językowcy. Nauka języka to przede wszystkim słuchanie i mówienie. Czytanie z ekranu to też nie to samo co z kartki. Ekran męczy wzrok, rozprasza tymi wszystkimi ikonkami, wyskakującymi nagle reklamami, zakładkami. Nie nauczysz się języka, tylko czytając teksty z internetu - rozumiesz go jako całość, ale pojedyncze słowa umykają. Musisz zajrzeć do słownika, popracować nad każdym zwrotem, zobaczyć, jak się go stosuje, poszukać synonimów bo nie może być tak, że wszystko jest: "nice", "good" albo "bad". Jednak internet pomaga mi zobaczyć, jak zmienia się język. Jest mi niezbędny w przygotowaniu lekcji. Szukam w nim materiałów, takich jak np. utwory literackie: Katherine Mansfield albo artykuły z "Time'a", "Newsweeka" i "Guardiana". Ściągam teksty na różne tematy, ważne żeby prowokowały młodzież do dyskusji - od ekologii i żywności modyfikowanej genetycznie przez sztukę nowoczesną po karty kredytowe i zdradę Tigera Woodsa. Co do tego ostatniego - nie wiedziałam, kim jest ten Woods, podobał mi się tekst po prostu. O tym, że to słynny golfista, dowiedziałam się od uczniów. Jak pani widzi, też się od nich uczę.

  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

We wtorek z ''Gazetą'':

  • Palce Lizać
  • Grube dzieci. Tabela
  • Ubezwłasnowolnienie. Poradnik, cz. 1