http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Koniec epoki kredy

Zwierzenia Grzegorza Lorka, nauczyciela biologii z Leszna spisała Aleksandra Pezda
2010-05-17, ostatnia aktualizacja 2010-05-17 15:02

Uczniowie są przyrośnięci do sieci, żyją w avatarze. A polska szkoła stoi na węglanie wapnia. To jest związek chemiczny, z którego zrobiona jest kreda.

Grzegorz Lorek: - Pracuję w muzeum kredowego realu
Fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Gazeta
Grzegorz Lorek: - Pracuję w muzeum kredowego realu
ZOBACZ TAKŻE
SERWISY

Czekamy na Wasze listy. Napisz: szkola-20@gazeta.pl



Szkoła udaje, że internet nie istnieje. Niektórzy nauczyciele nie mają nawet adresu poczty elektronicznej. Ja też jestem "digital imigrant", bo przecież pamiętam czasy bez internetu. Dobrze, że chociaż umiem obsługiwać przeglądarkę, czytam prace w Power Poincie, potrafię nawet sam przygotować prezentację i regularnie odpowiadam na maile.

Zresztą - co my tu o mailach! Uczniowie z internetu w komórce korzystają. Nie wiem na lekcji, jak po angielsku jest "kurza ślepota"? Klik - oni już to wiedzą, już mi z komórki czytają. Tylko się skarżą, że w szkole za słaby zasięg. Bo oni są "digital native". Przyrośnięci do sieci, żyją w avatarze.

Potem się z tego swojego internetowego avatara wyrywają się na chwilę, przychodzą do szkoły. Co tam na nich czeka? Ja - nauczyciel przy tablicy, z kredą. Bo ja pracuję w muzeum kredowego realu. Jak ja mam im z tą kredą w ręce kaganek oświaty ponieść?

Tu trzeba sam nie wiem czego, żeby te dwa światy jakoś połączyć. Tak, tak zaraz się podniesie, że nie ma kasy na multimedialne nauczanie, a potem nauczyciele się odezwą, że oni za "te pieniądze" to w komputerach nie będą siedzieli. I tak dalej, i tak dalej.

Multimedia w mojej szkole? Są. Sprawa wygląda tak: mamy pracownię multimedialną. Jedną. Jest tablica interaktywna, rzutnik powieszony na stałe, komputer i dostęp do internetu. Full wypas. Nic, tylko sobie opracować lekcję z materiałami komputerowymi, filmikami z You Tube, nie? Dobra, robię tak. Jeszcze tylko zgłosić dyrektorowi, że to będzie w środę. W środę nie da rady, bo fizyk sobie zamówił? Kurczę, tę klasę mam dopiero w następnym tygodniu. No dobra, to w następną środę. Nie da się, bo polonista był pierwszy. I tak w kółko. Czasem się udaje. Najczęściej jednak biorę drugi rzutnik multimedialny - a mamy dwa takie przenośne, uważam to za duży sukces szkoły - i podpinam go w swojej klasie. Modlę się, żeby wszystko działało - działa! Super. Przygotowanie - pół godziny, filmik o strukturze białka - 5 minut. W klasie nie ma internetu, oczywiście. Wcześniej sobie ten filmik w domu przegrałem na płytkę. Potem kolejna lekcja, w innej klasie. Gaszę rzutnik, czekam, aż się lampa ochłodzi, mija przerwa, biegnę z rzutnikiem do innej sali, w drugim budynku. Na plecach rzutnik, mój laptop i tysiące foliogramów. Są czarno-białe, nie ma że układ nerwowy na niebiesko, krwiobieg na czerwono. Nie. I to wcale nie z oszczędności pisaków. Tylko że w szkole nie ma zasłon i tych kolorów nie byłoby widać w jasnej sali. No dobra, czekam, aż się lampa rozgrzeje, Windows zaloguje... Pół godziny. Filmik - 5 minut. I tak dalej.

A w internecie - jaki biologiczny wypas! Jaki filmowy przepych. Ja mam uczniom wytłumaczyć, jak się woda transportuje w roślinach. Że z ziemi wnika przez włośnik korzenia, potem przeciska się przez zdrewniałe naczynia aż do liści i wyskakuje przez aparat szparkowy. Po co? David Attenborough nakręcił taki filmik edukacyjny. Kamera jest naszym okiem, przeciska się przez korzenie, drewniany pień drzewa, biegnie zielonymi liśćmi w kierunku coraz jaśniejszego punktu i wyskakuje, a tam na sąsiednim liściu Attenborough sobie siedzi. No, kosmos! To im wiedzy nie zastąpi. Ale jaki dreszczyk emocji przy zwykłej lekcji o transportowaniu wody! Jakie poruszenie w wyobraźni. Albo ja sobie flaki wypruwam, żeby im wytłumaczyć, jak się białko przestrzennie zwija w komórce. Albo to rysuję na foliogramie. A w You Tube - klik - protein structure - no, niech pani sobie kliknie, to się pani wiele tajemnic z biologii wyjaśni.

I dlatego przydałby się internet w szkole. Nie ciągle, nie non stop. Ale na zawołanie, na wyciągnięcie ręki. Przecież to istnieje. Dlaczego tylko w domu?

A uczniowie żyją tak: przeglądarka, jedna strona, druga, po dwóch godzinach nie pamiętają, po co tam wchodzili - what I was looking for?

Od absolwentów dostałem ostatnio list napisali ręcznie. Pierwszy ich list w życiu. Przepraszali, że krzywe litery.

Szkoda tylko, że nikt ich nie nauczył wiarygodności źródeł albo prawa autorskiego. Jak im zwracam na to uwagę, mówią, że ich nie rozumiem, że się czepiam. To wtedy, kiedy całą pracę kopiują z Wikipedii i podpisują własnym nazwiskiem. Jakie, Lorek źródła? O co ci chodzi? Upieram się, to proszę bardzo - podają mi źródło: www.wikipedia.org. To nie źródło! Jak to nie źródło? No, nie - tłumaczę. To tylko miejsce, gdzie tę informację znaleźliście.

Ale z drugiej strony przecież nie będę się za każdym razem gimnastykował - nie będę każdej peroksydazy glutaminianowej w papierowych encyklopediach szukał. Też klikam przecież. Jak wyglądają cytokininy? Też nie sprawdzam w papierowej encyklopedii. Nie winię za to również uczniów. Tylko próbuję im zaszczepić jakiś szacunek do książki czy artykułu w "Nature".

Rok temu jeden uczeń mnie przeprosił, że skorzystał z książki. Przepraszam, że w źródłach umieściłem książkę. Bo nie znalazłem w internecie. Ha!

Nie wiedzą, że internet, a zwłaszcza fora internetowe, to anonimowe szambo, że w szambie trzeba umieć nurkować. Jak to, Lorek - kłócą się - jak to nie będzie końca świata za dwa lata? Nie będzie tej katastrofy, co to o niej piszą? No przecież w internecie napisali. Waga źródła - nie rozumieją. Co usłyszą - to dla nich prawda. Nie widzą różnicy między opinią profesora czy Dody. Nie ma znaczenia, kto opowiada o chorobach serca - doświadczony lekarz czy jakaś forumowiczka. "Mówili przecież" - oto źródło. Do tego się już przyczyniła telewizja, potem internet.

Ja tu nie mówię o jakichś głupkach. Ja mówię o dobrych, naprawdę dobrych uczniach.

I oni mi mylą karnitynę, która jest w różnych odżywkach dla sportowców z keratyną, którą mamy w paznokciach. Wychodzi, że wystarczy się nażreć paznokci, żeby spalić tkankę tłuszczową w mięśniach! Dlaczego mylą? Bo masa osiłków w internecie pisze zamiennie te dwie nazwy. A oni w to wchodzą. "Było napisane" przecież. Tylko nazwa, żadna różnica. Znowu się czepiam.

A internet to błogosławieństwo komunikacji, gigantyczne pole do działania. Każdego poważnego naukowca - mówię moim uczniom - można znaleźć w internecie. Coś cię interesuje? Napisz do niego. Pamiętam taka sytuację - nie wiedziałem, ile czasu zajęło duńskiemu biologowi nobliście - jak mu było, zaraz, zaraz, muszę wygooglać... o! Henrik Clausen, odkrycie jak z każdej grupy krwi zrobić grupę krwi zero. Nie wiedziałem, jak długo nad tym pracował. A klasa humanistyczna, nie biologiczna, ale ich zaciekawiło. 17-latek napisał do profesora. I odpowiedź przyszła. Ja dzisiaj nie pamiętam znowu, ile to odkrycie pochłonęło czasu. Sądzę, że ten uczeń też. Zresztą to informacja bezwartościowa. Za to uczeń zapamięta, że napisał do duńskiego noblisty. Sam, z własnego komputera. I to będzie pamiętał ze szkoły. Nie jakieś tam wykute fakty, budowa komórek itp.

Co na to szkoła? Mój syn - 12 lat, "digital native" oczywiście, mówi do mnie językiem z gier komputerowych: "Jesteś pro, ojciec" albo na przykład: "Muszę kolegę podekspić". Ale w szkole, w tym muzeum kredy, na informatyce uczą go, jaka jest definicja klawiatury.

  • 34 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów