Olympia, gigantyczna hala nieopodal Hyde Parku, żeliwna biała konstrukcja kryta przeszklonym dachem, widziała w ostatnich 130 latach niejedno: najpiękniejsze konie świata, najsłynniejszych bokserów, góry żywności z całego świata, targi samochodowe i nie tylko.
Tym razem w Olympii na styczniowych targach Bett 2012 kłębiło się 30 tysięcy ludzi: nauczycielek w luzackich kieckach i nauczycieli w dżinsach, wbitych w garnitury ważniaków, badaczy w rozpiętych pod szyją koszulach i pracowniczek firm w koszulkach mundurkach z logo.
Za niewielkie stoisko trzeba było zapłacić 35 tys. funtów, ale potentaci jak
Google,
Microsoft, Intel,
Apple czy
Samsung budowali miniosiedla obwieszone ekranami, gdzie siedząc na ławach w kolorach tęczy, oglądaliśmy kolejne prezentacje. Wydali setki tysięcy funtów, by pokazać się na największych w Europie targach technologii informacyjno-komunikacyjnych (TIK) dla szkół.
Było mnóstwo fajnych gadżetów. Pobawmy się nimi na początek.
Gadżety nad gadżetami Robisz czasem notatki z książki?
Elektroniczny kopista zrobi je za ciebie - przejedziesz po tekście grubym „flamastrem” i trafi on do pamięci kopisty, a stamtąd do komputera. Cena od 89 funtów, czyli 450 zł.
Jeżeli notujesz ręką, np. wykład, możesz położyć kartkę papieru na
magicznej tabliczce (650 zł). Piszesz długopisem i jednym kliknięciem zapisujesz. Tekst zamienia się w drukowany. Tyle że program się myli, nawet gdy litery są wyraźne.
Żywy skryba (od 500 zł). Nauczyciel/ka poprawia prace - podkreśla błędy, dopisuje uwagi w rodzaju „Brawo! - dobre uzasadnienie!” (ich ulubiony dopisek, prawda?). Skryba kamerką rejestruje nanoszenie poprawek i nagrywa wypowiadany na głos komentarz. Taki zapis wideo wysłany uczniowi to dobra informacja zwrotna - o ile nauczyciel/ka ma coś mądrego do powiedzenia. Podobne możliwości daje darmowy Jing.com, program do wymiany wideo. Skrybą można też nagrać wykład, ilustrowany np. schematem.
Fajne, prawda? Każdy nauczyciel i każda uczennica mogliby mieć taki zestaw. Podliczmy: dla 5,5 mln polskich uczniów + 600 tys. nauczycieli kosztowałoby to, po upustach, jakieś 6-7 mld zł.
Nawet stół cię nauczy - Smart - dowcipkuje okrąglutki pracownik firmy, na oko rzeczywiście bystry - 20 lat dotykania to całe nasze doświadczenie.
Zaprasza do
interaktywnej tablicy, wręcza patyk. Wcielam się w nauczycielkę geografii (nie znosiłem tego przedmiotu) i piszę możliwie wyraźnie „trzęsienie ziemi”. Bystry zagarnia ten mój wpis do prostokącika, puka w komendę i zamienia kulfony w czcionkę typu Times. Puk i wyskakuje po angielsku „earthquake”. Puk, i jest wyszukiwarka, puk, i na tablicy wielki ruchomy model trzęsienia ziemi. Puk - i leci film z tragedii w Japonii.
Taka tablica to właściwie ogromny ekran dotykowy. Czy pomoże uczyć? Mojej pani od geogry nie pomogłaby nawet tablica, która zatrzęsłaby całą szkołą, ale jak nauczyciel dobry, to takie magiczne okno na świat może zamienić lekcję w intelektualną przygodę.
Firma Promethean przerobiła tablicę na
stół, który uczy. Grupka uczniów wokół może błyskawicznie przygotować każdą prezentację. Ma kosztować 13-14 tys., jakby w Polsce kupować po jeden na klasę, wyszłoby ze 3 mld.
W służbie lekcji Obok targów wykłady - opowieści, jak uczyć z TIK. Na przykład o programie
Socrative, który pozwala zadawać pytania wszystkim uczniom naraz. Quizy, głosowania, testy. Uczniowie odpowiadają komórką, laptopem lub tabletem, cokolwiek mają pod ręką. Na WOS mogą np. głosować, czy kwoty wyborcze dla kobiet to pomysł dobry, czy zły, dołączając uzasadnienie, które wyświetla się na ekranie anonimowo lub pod nazwiskiem - jak wolą. To ożywia dyskusję. Cel tego „Sokratesa” ery TIK jest ten sam co Ateńczyka - skłonić do myślenia. Całą klasę.
Inny wykładowca entuzjazmuje się aplikacją
Class Dojo. Każde dziecko wybiera awatar (np. pirata z Karaibów). Na ekranie wyświetlają się wszystkie rysuneczki, a obok plusiki, które przyznaje nauczyciel (za pomaganie innym, za aktywność, za odkrycie) i minusy (za przeszkadzanie, brak pracy domowej itp.). Nauczyciel chodzi po klasie z pilocikiem w ręku, prowadzi zajęcia i pstryka oceny. Ten system - na oko okropny, jak behawiorystyczne tresowanie ludzi - jest ponoć uważany za czytelny i lubiany przez małych uczniów.
Są też wykłady o edukacji dla osób niepełnosprawnych, często prowadzone przez samych zainteresowanych. Z zachwytem patrzyłem na niemieckiego biznesmena, który pisał maile i surfował za pomocą
myszy obsługiwanej ustami. Przypominała raczej mysi ogonek, minijoystick. Dla tetraplegika z paraliżem czterokończynowym, zwłaszcza gdy nie mówi, przyrząd jest szansą na wyrwanie się z więzienia ciała. Tylko, cholera, ta cena - 6 tys. zł.
Co tym uczniom dać? Trwają spory - także w Polsce - jakiego sprzętu powinni używać uczniowie w szkołach.