Michał Boni, pierwszy polski minister cyfryzacji, podczas debaty poświęconej "Podręcznikom 2.0", która odbyła się 7 grudnia w "Gazecie Wyborczej", poinformował, że jest 50 mln zł na pilotażowy program cyfryzacji szkół: - Minister edukacji Krystyna Szumilas będzie generalnym pilotem przedsięwzięcia, a ja będę starał się o zapewnienie lepszego dostępu do szerokopasmowego łącza - mówił. Boni zapewnia, że gotowy szczegółowy plan pilotażu pokaże w lutym 2012 r., a od marca do jesieni odbędzie się cały eksperyment: - Sprawdzimy, jaka konfiguracja sprzętowa jest niezbędna, jakie są realne kompetencje polskich nauczycieli i jaka pomoc jest im potrzebna - wyliczał.
Wiemy więc już, że nasze dzieci czeka komputer w szkole. Ale z czego one tak naprawdę będą się na tym komputerze uczyły? Tzw. e-podręcznik to nie ma być w żadnym wypadku podręcznik papierowy w formacie PDF do czytania na ekranie komputera. W akcji cyfryzacji szkoły nie chodzi bowiem o sam fakt wstawienia do szkoły sprzętu i kabli, ale o to, co ten sprzęt ma umożliwić: angażowanie ucznia w naukę poprzez zabawę, zastępowanie biernego udziału w lekcji udziałem aktywnym, naukę wyciągania wiadomości i wniosków z wielu źródeł oraz dostęp do przepastnych archiwów audio, wideo czy tekstowych.
Metoda korzystania przez cały rok z jednego podręcznika, który zawiera całą wiedzę, jaką uczeń ma posiąść w tym czasie, być może w ogóle przejdzie do lamusa. Prawdopodobnie w dzisiejszych czasach bardziej naturalne jest korzystanie z wielu różnych wyspecjalizowanych zasobów. Pierwsze takie już powstały z myślą o dzieciach: choćby Muzykoteka.pl czy Wolnelektury.pl. Przyjrzenie się doświadczeniom innych krajów, które wcześniej niż my zaczęły rewolucję cyfryzacyjną w szkole, może ułatwić nam szukanie odpowiedzi na pytania: Komu powierzyć tworzenie takiego e-podręcznika? Kto i ile za niego zapłaci? Czy ma on zastąpić, czy uzupełniać książkę?
Katalonia: Żeby materiał był też dostępny offline- W Katalonii mieliśmy przykład, jak zbyt szybkie i nieprzemyślane wprowadzenie cyfryzacji do szkoły obraca się przeciw dziecku, szkole i twórcom projektu - mówi Jaume Vicens z Hiszpanii, dyrektor wydawnictwa Vicens Vives. - W 2009 r. zabroniliśmy dzieciom kupowania papierowych podręczników, za wiele milionów euro kupiliśmy laptop każdemu dziecku. Program upadł. Minister edukacji stracił posadę, zbuntowali się rodzice i uczniowie, nauczyciele byli nieprzygotowani i bierni. Nie poradziliśmy sobie, bo projekt był zbyt radykalny i zbyt szybko wprowadzany.
Wykończyły nas zwłaszcza problemy techniczne - nauczyciele przez pół lekcji odplątywali kable i denerwowali się, że nie udaje się połączyć z siecią. Ktoś nie potrafił zawczasu wyobrazić sobie, że jeśli wszyscy uczniowie otworzą laptopy w tym samym momencie, sieć padnie. Lekcja zaczyna się o dziewiątej i trwa tylko 45 min. Nie można stracić połowy tego czasu na użeranie się ze sprzętem. A u nas właśnie o dziewiątej wszystko padało, kiedy cała
szkoła naraz próbowała się podłączyć. Niedostateczne przygotowanie wróciło jak bumerang.
W eksperymencie hiszpańskim cały materiał, z którego uczniowie mieli korzystać, dostępny był wyłącznie po połączeniu z siecią. - Uczeń musi zrobić pracę domową dziś po południu i wszystko musi działać. A u nas uczniowie regularnie przychodzili na lekcję ze skargą, że nie byli w stanie odrobić lekcji, bo nie mogli się podłączyć do sieci lub jakiś plik się nie ładował i nie otwierał - mówi Vicens.
Wniosek: ważne, aby materiał dla ucznia był też dostępny offline, np. zapisany na płycie czy w pamięci laptopa, po to by dziecko mogło się uczyć nawet wtedy, gdy chwilowo zawodzi połączenie z siecią.
- Poza tym w badaniach wyszło, że 90 proc. uczniów woli przygotowywać się do klasówki z książką - mówi Vicens. - Musimy to respektować, łączyć internet z tradycyjnym podręcznikiem w systemie edukacji. Teraz zaczynamy cyfryzację szkoły od nowa, powolutku i z większą uwagą, solidniej.
- Dziś w Hiszpanii wszystkie podręczniki są już dostępne na iPodach. Uczeń w każdym zakątku świata może w dowolnym czasie z tego korzystać. Ważne jest, żeby właśnie treść była możliwa do odbioru na różnych sprzętach. My zaczynaliśmy od netbooków, teraz większość uczniów korzysta już z tabletów, wielu uczy się z telefonów.
- Utrzymanie sprzętu, tak aby niezawodnie działał, kosztuje. Trzeba też zainwestować w douczenie nauczycieli. W każdej szkole musi być osoba z bardzo zaawansowaną wiedzą informatyczną, która będzie w stanie rozwiązywać problemy na bieżąco. Są też takie szczegóły, które trzeba doprecyzować - np. jeśli uczniowi spadnie z ławki laptop i się rozbije, to kto ma odkupić sprzęt? Rodzice? Szkoła?
Holandia: Mnóstwo zasobów już mamy, nie wszystko trzeba wytwarzać od nowa- Archiwum naszego instytutu zawiera 700 tys. godzin nagrań, z czego wybieramy te do tworzenia materiałów edukacyjnych - opowiada
Dalida van Dessel, specjalista ds. edukacji w holenderskim Instytucie Audiowizualnym. - Produkujemy m.in. codzienne wiadomości dla ucznia, każdego dnia dostępnych jest ok. 750 naszych programów w szkołach holenderskich - całkowicie za darmo, są to m.in. nagrania dokumentalne, archiwum radiowe,
muzyka. Odpowiedni program dostosowany jest do poziomu ucznia w danej klasie. Już od dziesięciu lat szkoły holenderskie są scyfryzowane.
- W Holandii połowa nauczycieli używa zasobów internetowych na lekcjach. Średnio jeden komputer przypada na czterech-pięciu uczniów. Nasze państwowe archiwum jest podstawą zasobów edukacyjnych, dzięki czemu koszt tych materiałów dla ucznia i szkoły jest znacznie niższy, niż gdyby wszystkim miały zająć się prywatne firmy, a wiele rzeczy jest darmowych. Te ogromne zasoby, które już istnieją, wymagają oczywiście opracowania na potrzeby edukacji - trzeba je opisać, przykroić, dostosować do wieku ucznia.
- E-podręcznik musi spełniać wiele warunków, żeby zyskać akceptację nauczycieli - mówiła van Dessel. - Taki produkt musi być łatwy w obsłudze, dostosowany do poziomu dziecka i bardzo wiarygodny w sensie merytorycznym. Wiele rzeczy wychodzi w praniu, okazało się np., że w szkole lepiej sprawdzają się klipy niż dłuższe metrażowo filmy, bo mogą stanowić część lekcji, urozmaicenie, a nie zajmują czasu. Uważam też, że ważne, abyśmy wprowadzali standaryzację pozwalającą wymieniać materiały między krajami europejskimi, co ogromnie przecież wzbogaciłoby nas wszystkich.
Norwegia: Monopol państwa czy wolny rynek?W Norwegii cały zasób materiałów edukacyjnych dla szkół jest darmowy. Wytwarza go państwo, z pominięciem prywatnych wydawców, zlecając jedynie pojedyncze prace konkretnym autorom. Niektórych to zachwyca, inni się buntują. Dlaczego?
- Norweska szkoła tradycyjnie stawia na pielęgnowanie indywidualizmu ucznia, nie lubimy, żeby coś z góry było nam narzucane, lubimy mieć wolność wyboru i decyzji. To dotyczy również doboru materiałów edukacyjnych - mówi Per Christian Opsahl, dyrektor Norweskiego Stowarzyszenia Wydawców. - Od 2000 r. nauczyciele sami decydują, z jakiego podręcznika chcą korzystać, ministerstwo im tego nie narzuca.
- Gdy nastąpiła era e-podręczników, rząd norweski doprowadził do takiej sytuacji, że produkuje je państwowy monopolista i na rynku nie ma żadnego wyboru - tłumaczy Opsahl. - Państwo wzięło na siebie wytwarzanie edukacyjnych zasobów i zatrudnia jedynie autorów do opracowania konkretnych tematów. Ma to swoje dobre strony - szkoły od państwa dostają cały materiał za darmo, jest on wytwarzany w oszczędny sposób, uczniowie się cieszą, bo znacznie obniżył się koszt wyprawki szkolnej. Ale ta sytuacja ma też złą stronę - z rynku norweskiego znikła właściwie konkurencja, bo jaki prywatny wydawca mógłby konkurować z darmowym materiałem państwowego monopolisty? A jednak bunt przeciw monopolowi jest na tyle silny, że
Oslo, największe miasto Norwegii, zrezygnowało z tej państwowej oferty. Nauczyciele czują, że odebrano im wolność w dobieraniu materiałów lekcyjnych.
Polska: Nauczyciel umie Worda (trochę)- Uczniowie chcą się bawić! Chcą, żeby lekcja była tak skonstruowana, żeby oni się naturalnie angażowali jak w najlepszą zabawę - mówi Piotr Peszko, organizator konferencji EduCamp, pasjonat nowoczesnych technologii. - Na naszym rynku nie ma jeszcze zasobów ani usług pozwalających zrezygnować z papierowego podręcznika. To, co jest dostępne na rynku, ma wiele wad - książki są niemal przeniesione żywcem z papieru do sieci. Łącznie np. z poleceniami "naklej" czy "pokoloruj". Poza tym obecnie tylko Wolnelektury.pl można używać np. na Kindle'u. Reszta jest niedostępna na iPadzie, Kindle'u czy w telefonie. Właściwie sprowadza się to do tego, że na ekranie peceta można sobie wyświetlić PDF. Potrzebna jest o wiele lepsza oferta dla szkół, jeśli poważnie myślimy o zmianie sposobu nauczania.
- Przestarzała jest taka formuła, że w jednym podręczniku uczeń znajdzie cały zasób wymaganej w tym roku wiedzy. Dziś musimy uczyć młodego człowieka wynajdywania dobrych, ciekawych informacji z bardzo różnych źródeł - mówił Jarosław Lipszyc z fundacji Nowoczesna Polska. - Bo dziś sytuacja jest taka, że uczniowie korzystają nie tylko z książki. Oni w naturalny sposób zanurkowali w nową technologię i biorą to, co jest. Pierwszą najpopularniejszą wśród uczniów stroną jest Wikipedia (z której nikt nie uczy ich racjonalnie korzystać), a drugą Sciaga.pl (odrobienie pracy domowej za 5 zł). Można więc ironicznie powiedzieć, że w polskim internecie już są obecne innowacyjne portale edukacyjne i innowacyjne modele biznesowe. A to od nas, dorosłych, zależy, czy pozwolimy, aby tak to zostało, czy zaoferujemy dzieciom coś bardziej sensownego.
W Polsce Operon przeprowadził ankietę wśród 120 nauczycieli. Spytano m.in., jakie problemy widzą we wprowadzaniu cyfryzacji do szkoły.
Na pierwszym miejscu nauczyciele wymienili brak umiejętności wśród swojego grona. Następnie brak sprzętu w szkole i domu. Połowa nauczycieli stwierdziła, że "nie tędy droga". Z badań wynika, że nauczyciele nie są gotowi, aby zrezygnować z tradycyjnych papierowych podręczników. Chętniej przyjmują łączenie różnych źródeł - książki i e-zasoby.
A pewna nauczycielka podczas dyskusji w siedzibie "Gazety" zauważyła: - Przejrzałam program zajęć studentów pedagogiki. Mają 30 godzin nauki nowych technologii podczas całego programu studiów, które kończy się zaliczeniem pisemnym (!). I te 30 godzin to nie jest jakiś specjalistyczny kurs, tylko obsługa programu Word i PowerPoint.