Wigilia 1996 Dzień przed Wigilią Magda lepiła z mamą pierogi. Zazwyczaj lubi to robić, ale tym razem coś jej przeszkadzało. Jakkolwiek by usiadła, było jej niewygodnie. Gdy skończyły, pojechała do miasta. Ciepłe skarpetki, przecież w szpitalu koniecznie trzeba mieć ciepłe skarpetki! Dopiero gdy je kupiła, mogła uznać, że torba porodowa jest spakowana. Cały dzień zastanawiała się, co to za dziwne bóle w kręgosłupie. Może to już to? Szkoda, że nie ma Artura. Wróci z Warszawy prosto na wigilię. W domu lepiej nic nie mówić, bo zacznie się panika. Od 22 dziwne dolegliwości powracały cyklicznie. Cichaczem wykradła telefon z przedpokoju i z łazienki zadzwoniła do męża.
- Artur, chyba rodzę. - No coś ty, połóż się, zaraz ci przejdzie. - Dobrze, dobrze, ale sprawdź pociągi, żebyś jakby co wiedział, o której możesz do mnie dojechać. I zdzwońmy się za godzinę.
Za godzinę skurcze były równo co dziesięć minut. - Artur, nie przeszło. Nie wiem, jak to zrobisz, helikopterem, samolotem, ale musisz tu ze mną być! - Magda odłożyła słuchawkę i poszła do dużego pokoju. Dobrze, że tata zasnął przed telewizorem, nie będzie musiała budzić mamy. Kątem oka zerknęła na choinkę, którą jak co roku ubrały rano z siostrą. Może niepotrzebnie wchodziła na taboret, żeby zawiesić lampki? - Tato, musimy się ubrać i pojechać do szpitala.
Tata zerwał się na równe nogi. W głębi duszy cieszył się, że córka właśnie jego poprosiła o pomoc. Żona rozpętałaby nieludzką panikę. Ale wizja nocnej podróży do Olsztyna 18-letnim maluchem z rodzącą córką nie napawała otuchą.
Tuż przed wyjściem Magda ubrana w ocieplane ogrodniczki ze sklepu indyjskiego i krótki kożuszek zajrzała do mamy. - Wyjeżdżamy, bo chyba zaczynam rodzić - powiedziała i szybko się wycofała. 43 km z Ostródy do Olsztyna najbardziej dłużyły się tacie. Blady z nerwów trzymał kurczowo kierownicę i pruł przez śniegi i ślizgawicę. Magda była już trochę nieobecna.
Krzyki na porodówce przyjęła z niesmakiem. Jak można krzyczeć w tak pięknej chwili? Lekarz spojrzał spod oka i odesłał ją do łazienki, gdzie stała duża narożna wanna. Leżąc w wodzie i coraz lepiej rozumiejąc krzyczącą wcześniej kobietę, zamiast w pierwszą gwiazdkę wpatrywała się w ogromny księżyc, który zawisł dokładnie nad oknem łazienki. Szpital był opustoszały, z oddali dochodziły pojedyncze kwilenia. Czuła się, jakby wypadła z linii czasu. W pewnym momencie usłyszała na korytarzu kroki. Wiedziała, że mu się uda. Nie było innej możliwości. Pierwsze weszły okrągłe, przejęte oczy. - Jesteś - wyszeptała. Artur uklęknął przy wannie i zaczął gładzić ją po głowie. Było około 4. O 8.25 urodziła się Julka. - Który to ojciec? - żartowały sobie pielęgniarki. Na korytarzu czekali tata i jego brat, który odebrał Artura z Iławy. Artur zdążył na odcięcie pępowiny. - No, ale na drugie to już musi być Ewa - skomentowała imię położna. Późnym popołudniem wszyscy pojechali do domu. Do szpitalnej kolacji wigilijnej, czyli gotowanej marchewki i wody, Magda usiadła w koszuli nocnej i dyndających srebrnych kolczykach, które dostała w prezencie od mamy. Ale tak naprawdę święta odeszły na boczny tor. Liczył się tylko mały czerwony aniołek, który spał i spał.
Następnego dnia Artur przyszedł do niej z brodą i brwiami białymi od szronu. Usiadł i natychmiast zasnął. Odsypiał wigilię, która zamieniła się w pępkowe. Drugiego dnia świąt wypuścili je do domu. Przyjechali rodzice Artura i radość wybuchła na całego. Magda spędziła ten dzień w łóżku z Julką i po cichu cieszyła się, że omija ją świąteczne obżarstwo. Sylwestra spędzili tylko we trójkę. Przy każdych życzeniach telefonicznych Magda zalewała się łzami szczęścia. Tak jakby dopiero do niej dotarło, co się stało. Zazwyczaj w sylwestra organizują jakąś imprezę. To był jedyny raz, gdy siedzieli w domu. Spokojni, wyciszeni, szczęśliwi. Od 15 już lat co roku stają przed dylematem, jak zorganizować urodziny Julki. Czy tort powinien być przed wigilią, czy po? Kiedy prezenty? Gdy tort wjeżdżał na stół po 12 potrawach, mało kto miał na niego ochotę. Więc od kilku lat w ciągu dnia robią godzinkę na tort i prezenty. Łamią post, ale ktoś z góry zesłał ją właśnie w Wigilię, prawda? Więc u nich tort można.
Wigilia 2007 - Tylko nie dzisiaj! - wykrzyknęła w duchu Magda i pobiegła do łazienki. Obudziło ją dziwne pęknięcie w dole brzucha.
- Kamil! - tym razem krzyknęła na głos. - Chyba odeszły mi wody! - Jezu, jak to? - Kamil wyskoczył z łóżka jak oparzony. - Szybko, ubieramy się, jedziemy - zarządził.
- Spokojnie, gdzie się tak spieszysz, człowieku. Ja się muszę przecież wyszykować - odpowiedziała Magda i zaczęła nalewać wodę do wanny. Z jednej strony bardzo się cieszyła, wreszcie zobaczy Olka i nie będzie już musiała taszczyć przed sobą tego bębenka. Ale z drugiej - dlaczego dzisiaj? Dziecko - dlaczego w Wigilię? Spanikowany Kamil zadzwonił do sąsiada taksówkarza. - Spokojnie, zawieziemy - odpowiedział pan Marek. Kamil z niedowierzaniem patrzył, jak Magda wyciąga szczotkę i suszarkę i skrupulatnie modeluje sobie włosy. Potem nakłada puder, maluje rzęsy i wkłada odświętną koszulę w cętki. Przecież nie będzie rodzić jak jakieś czupiradło. Poza tym dzisiaj święta, prawda? Termin miała na 10 stycznia, więc jej głównym zmartwieniem było to, jak dotoczy się na sylwestra i w co się ubierze. Może trzeba było nie robić tych krokietów. Ale takiej nabrała na nie ochoty, że cały poprzedni dzień spędziła, robiąc trzy rodzaje: z mięsem, kapustą i z grzybami. Trochę była od tego obolała, to fakt. No nic, odwrotu już nie ma. Jedziemy.
W szpitalu panował spokój. Przywitały ich choinka i uśmiechnięte położne. Na oddziale recepcja uginała się od ciast i sałatek. To akurat Magdę irytowało. Też by coś przekąsiła. Ponieważ akcja jakoś nie chciała się rozwinąć, podano jej oksytocynę. Gdy poprosiła o znieczulenie, okazało się, że tętno małego zaczęło spadać, i przystąpiono do cesarki. 12 godzin od odejścia wód Olek był z nimi. W tle leciały kolędy. Ale wtedy nie docierało do niej, co się dzieje wokół. Nawet gdyby lekarz podczas cięcia śpiewał 'Bóg się rodzi', nie zrobiłoby to na niej wrażenia. Liczył się tylko Olek. Choć położne przekonywały, że zdecydowanie powinien być Adam.
Ponieważ urodziła wieczorem, nikt już do niej nie przyszedł. Siedzieli z mężem do późna. Kolacja była zwyczajna, bez wigilijnych akcentów. O krokietach Magda mogła tylko pomarzyć (gdy wróciła do domu, nie było już ani jednego, zresztą i tak by ich nie jadła, bo karmiła. 'Pewnie podświadomie zrobiłam zapas dla Kamila' - pomyślała sobie później). Niestety, szpitalne menu było kiepsko dobrane do potrzeb matek karmiących. Po surówce, którą dostały, dzieci urządziły popisy wokalne. Skończyło się na kroplach żołądkowych i długich uspokajających spacerach po korytarzach.
Pierwszy i drugi dzień świąt to był odlot. Pewnie były jakieś prezenty, ale Magda nic nie pamięta. A trzeciego dnia - baby
blues. - Kamil, ja się bardzo cieszę - mówiła i wybuchała płaczem. Burza hormonów była nie do opanowania. Aż dostała syrop uspokajający i zasnęła na cztery godziny. Wizytę teściów odwołali. Święta to nigdy nie był ich ulubiony czas. Najchętniej spędziliby je sami. Kamil nie jest zbyt rodzinny. Magdzie nie jest łatwo, bo kilkanaście lat temu pierwszego dnia świąt zmarł jej tata. Wcześniej był to czas wyjątkowej radości, ciepłych życzeń, wielu tradycji. Ale teraz straciła do tego serce. Do kościoła nie chodzi, odkąd ksiądz, który udzielał im ślubu, zadzwonił do nich i powiedział, że dali za mało w kopercie i muszą dopłacić drugie tyle. Całe to świąteczne zamieszanie trochę ich denerwuje.
Dziecku tego nigdy nie powie, ale wydaje jej się, że urodziny w Wigilię są trochę krzywdzące dla malucha. Bieganina, sprzątanie, ostatnie zakupy, ubieranie choinki. Nikt poza najbliższą rodziną nie ma głowy do składania życzeń. Im też nie jest łatwo. Do siebie zaprosić nie mogą, bo mieszkają w kawalerce. Całą energię wkładają więc w pieczenie tortu. Urodziny są zawsze u teściów. Więc jest
kolacja wigilijna, a potem zamiast tradycyjnego makowca wchodzi na stół tort. I tyle. Żadnych fajerwerków, innych urodzinowych akcentów. Są za to podwójne prezenty. Gdy przychodzą do teściów, czekają poukładane pod choinką. U Magdy prezenty pojawiały się rano pierwszego dnia świąt. Na stole znajdowała nadgryzione
ciasto i upity kubek herbaty, a pod choinką furę prezentów. Przez kilkanaście lat święta nie były dla Magdy czasem wesołym. I mimo że urodziny Olka wprowadziły trochę zamętu, to jednak - nareszcie - częściowo je odzyskała.
Boże Narodzenie 2008 Mimo że w obcym kraju i bez rodziny Agata i Michał skrupulatnie przyszykowali ze znajomymi 12 potraw. Pierogi, kutia, śledzie, kompot z suszu. Tylko zamiast karpia, którego dostać w Irlandii nie sposób, Agata zrobiła pstrąga w migdałach. I właśnie to danie już zawsze będzie jej się kojarzyło z porodem. I jeszcze cieniutkie szwedzkie pierniczki, które upiekli i rozdawali w blaszanych pudełkach w ramach prezentu świątecznego. Tuż przed wyjściem do znajomych dostali paczkę. Materac do łóżeczka. Tak szybko? Zamówili go przecież wczoraj. To był ostatni brakujący element. Agata zabrała się do ścielenia i przestawiania łóżeczka. No, gniazdo uwite. Możemy jechać. Po wizycie mikołaja, za którego przebrał się Michał (a dokładnie przebrał się od pasa w górę, bo przebranie, które zamówili przez Allegro, dotarło niekompletne), oraz po świątecznej partyjce kalamburów Agata poczuła w brzuchu coś dziwnego. - O rany, chyba przesadziłam z tym pstrągiem, idę spać. Mimo że wszyscy życzyli jej, żeby urodziła jak najszybciej, do głowy jej nie przychodziło, że mogłoby się to zdarzyć w święta. Przecież termin miała na 6 stycznia.
Jednak dziwne uczucie nie minęło. - Idź pod prysznic, jeśli nie przejdzie, to znaczy, że to skurcze - poradziła Ola, która rodziła rok wcześniej. Nie przeszło, a nawet się wzmocniło. Agata była spokojna. Jakiś czas temu wypożyczyła z biblioteki książkę o łagodnym porodzie. Polecano tam ćwiczenia autohipnozy. Najwyraźniej działały, bo nikt nie chciał wierzyć, że zaczynają się skurcze. Ona sama też nie była pewna. W końcu to pierwsze dziecko. Jedyne, co ją trochę przekonywało, to niechęć do siedzenia. Kazała Michałowi zasiąść do świątecznego śniadania. W pewnym momencie poczuła, że odeszły jej wody. - To na pewno nie przejedzenie! - krzyknęła w stronę stołu. Wszyscy zgromadzili się wokół niej i zaczęli liczyć skurcze. - Co trzy minuty! I ty jesteś taka spokojna?! - z niedowierzaniem wykrzyknęła Ola.
Do szpitala było półtorej godziny drogi. Jedyne, czego się obawiała, to przymusowego siedzenia w samochodzie. Ale Ola dała jej termofor na plecy, za co kocha ją do tej pory. Rozsiadła się wygodnie, zamknęła oczy i włączyła płytę z autohipnozą. Była szczęśliwa. Są święta, a ona jedzie na spotkanie ze swoim synkiem. Raz tylko otworzyła oczy. Stali na światłach. Spojrzała w bok i zobaczyła kilka osób wpatrujących się w nią przez szybę samochodu, z ruchu warg wyczytała: 'Good luck'.
Pod szpitalem Michał sięgnął po torebkę śniadaniową pełną monet, które zbierali, żeby mieć drobne do parkomatu, ale okazało się, że w święta parking jest za darmo.
W pierwszej chwili położne chciały Agatę odesłać do domu. - Po pani nic nie widać - komentowały. Ale były czujne, zmierzyły rozwarcie i 35 minut od przyjazdu urodził się Franio. Cztery kilogramy żywego prezentu świątecznego. Dopiero podczas zszywania Agata zorientowała się, że rodziła w świątecznej bluzce z falbankami. Skrzętnie przygotowany plan porodu nie został nawet wyciągnięty z torby. W szpitalu nie było choinki, nie puszczano kolęd. Jedyną oznaką świąt było podobno lepsze menu. Ale Agacie i tak najbardziej smakował suchy tost, który w Irlandii podaje się jako pierwsze danie po porodzie. To był najpyszniejszy tost na świecie. I najpiękniejsze święta, mimo że zniknęły wtedy - tak jak cały świat. Choć świąteczna intymna atmosfera na pewno przyczyniła się do tego, że poród przebiegł tak łagodnie.
Na sylwestra byli już w domu. Wystroili synka w śpiochy z napisem 'Party time', usiedli przy kominku i wpatrywali się w niego jak w telewizor. - Łagodnie urodzone, to i łagodne w charakterze - powtarzała Agata, patrząc na śpiącego Frania, który do tej pory potrafi uciąć sobie trzygodzinną drzemkę w ciągu dnia. Kolejne święta spędzili już w Polsce. Mimo że podczas ciąży przenosili się do większego
mieszkania, cztery miesiące po narodzinach zdecydowali się wrócić do Polski. Na razie Franek ma paszport irlandzki, bo łatwiej go było wyrobić niż polski. Śmieją się z Michałem, że mają rodzinę z Irlandii.
Podczas pierwszej wspólnej wigilii najbardziej wzruszony był dziadek. Franio miał
krawat, białą koszulę, spodnie w krateczkę. Mały elegant, kolejne pokolenie.
Agacie i Michałowi Wigilia kojarzy się głównie z robieniem tortu do 4 rano. Po kolacji zmęczeni i przejedzeni zabierają się do roboty. W zeszłym roku chcieli zrobić samochód, wyszło UFO. Na pierwsze urodziny zrobili ciasto marchewkowe, z którego wycięli jedynkę. W tym roku kusi ich, żeby tort zamówić. No bo przecież trzeba też wyprawić przyjęcie urodzinowe i pierwszy dzień świąt jednocześnie. Wcześniej nigdy nie organizowali świąt. A teraz robią przyjęcie na 30 osób. Ze strychu ściągają stare stoły, siedzenie robią, z czego się da, rodzina przywozi naczynia. Jeśli przyznać, że święta to stres organizacyjny, to teraz jest on podwójny. Ale nie narzekają.