W piątek w Sopocie spotkali się unijni ministrowie ds. rozwoju. "Rozmowy dotyczyły pomysłów jak Unia Europejska może skuteczniej udzielać pomocy krajom najuboższym na świecie. (..) Temat skuteczności unijnej pomocy będzie towarzyszyć polskiej prezydencji przez najbliższe pół roku" -
czytam w sprawozdaniu .
I dalej: "Komisja Europejska ogłosiła pod koniec czerwca propozycję budżetu na lata 2014-2020, w której zaproponowała zwiększenie środków na wydatki zewnętrzne z 56 mld do 70 mld euro".
Warto tę liczbę zapamiętać - na pomaganie reszcie świata Unia wyda zapewne mniej niż na pomoc strukturalną dla Polski (
nawet 80 mld euro w tym samym czasie ).
Mówiąc krótko, dostajemy - od lat - ogromne sumy pieniędzy, za które budujemy drogi, szkoły i różne inne potrzebne rzeczy (na które w Polsce "od zawsze" nie było pieniędzy). Polakom już dziś żyje się lepiej niż ogromnej większości ludzi na świecie - nasz
PKB na głowę mieszkańca (liczony według parytetu siły nabywczej, czyli realnie tego, co można w kraju za dolary _kupić)
wyniósł w 2010 r. już 18 tys. 800 dol.. Nie chcę powiedzieć, że w Polsce cierpimy na nadmiar dobrobytu - tylko tyle, że reszta świata, z małymi wyjątkami, jest bardzo, bardzo biedna i dużo biedniejsza od nas. W różnych międzynarodowych statystykach figurujemy już w przegródce "kraj rozwinięty", co prawda zwykle na szarym końcu tej grupy, ale jednak.
Z wyciąganiem pieniędzy radzimy sobie świetnie. Ale dumny tytuł "kraju rozwiniętego", który w dodatku jeszcze ma ambicje międzynarodowe - np. przewodzi Unii Europejskiej - pociąga za sobą różne zobowiązania. O tym się w Polsce mówi bardzo mało. Politycy uwielbiają się licytować, ile "wyrwali" euro z Brukseli. W sprawie naszych zobowiązań panuje błoga publiczna nieświadomość i wygodne milczenie.
Przykład? Nasza pomoc rozwojowa dla biednych krajów. Wstępując do Unii, Polska zobowiązała się wydawać na nią 0,7 proc. PKB w perspektywie kilkunastu lat. Tymczasem wydajemy zaledwie 0,09 proc. - w roku 2009 r. było to 1164,92 mln zł, czyli
nieco ponad miliard . Z tego jednak aż 879 mln zł wyniosły polskie składki na rzecz międzynarodowych organizacji i funduszy świadczących pomoc rozwojową, 130 mln kredyty udzielone przez Ministerstwo Finansów, a 55 mln pomoc dla uchodźców i stypendystów wydana w Polsce. W praktyce na realizowane przez Polaków za granicą projekty wydaliśmy tylko ułamek z tego miliarda.
Nie tylko wydajemy mało pieniędzy, ale jeszcze robimy to w sposób nieskoordynowany i sprzeczny z oczekiwaniami opinii publicznej. Pomocy udzielają różne instytucje - nie mamy, jak wiele krajów rozwiniętych, wyspecjalizowanej agencji rządowej zajmującej się pomocą rozwojową. Ustawa o pomocy, która rozwiązałaby część z kwadryliona biurokratycznych problemów związanych z udzielaniem pomocy, od lat tuła się po urzędniczych szufladach. Jak wskazują
badania opinii publicznej zrobione na zlecenie MSZ. Polacy oczekują, że będziemy pomagać przede wszystkim Afryce - która rzeczywiście jest najbiedniejszym kontynentem - i przede wszystkim za pomocą polskich organizacji pozarządowych, takich jak np. Polska Akcja Humanitarna.
Na Afrykę jednak wydajemy ułamek ułamka pieniędzy "pomocowych", które w większości idą do takich krajów jak Gruzja, Białoruś, Ukraina czy Afganistan - i służą bardziej naszym interesom politycznym, a mniej pomaganiu. Co więcej, przekazywanie większości pieniędzy rządowych do instytucji międzynarodowych dusi polskie organizacje, które nie mogą się rozwijać. Ponieważ są małe i słabe, trudno im ubiegać się o duże granty z międzynarodowych funduszy. Ponieważ nie mają dostępu do dużych grantów, pozostają małe i słabe - i tu kółko się zamyka.
Teraz MSZ
zaczął pisać pięcioletni program polskiej pomocy. Ciekawe, co w nim będzie - bo na razie jednak życie urzędowe toczy się swoimi utartymi koleinami. Oto obrazek z Sopotu - znów ze sprawozdania - który mnie wzruszył:
"Po wydarzeniach w Afryce coraz więcej się mówi o tym, że pomoc rozwojowa powinna również wspierać procesy demokratyczne. Ten temat w luźnej atmosferze omawiano w trakcie kolacji w Sopocie. (..) - Jest to temat szczególnie bliski mojemu sercu, żeby kwestie demokratyzacji towarzyszyły pomocy rozwojowej - podkreślił podsekretarz stanu Krzysztof Stanowski. Podobną opinię przedstawiła też minister zdrowia Sierra Leone Zainab Hawa Bangura w specjalnym przemówieniu wygłoszonym podczas kolacji."
Ciekawe, co państwo jedli?