Rozmowa z Bernardem Guetta*
Dominika Pszczółkowska: Francuskie media grzebały czeską prezydencję w 2009 r., zanim się zaczęła. Węgrzy, obecnie przewodniczący Unii, też źle zaczęli. Czy gdy przyjdzie kolej na Polskę, komentatorzy też będą spodziewać się wszystkiego najgorszego?
Bernard Guetta: Węgrzy zrobili wiele, by ich przewodnictwo spotkało się z dezaprobatą. Jeśli ktoś w przededniu swojej prezydencji zapowiada prawo ograniczające wolność prasy, która jest jedną z fundamentalnych zasad Unii, to jest szokujące, karygodne.
Całe szczęście, że spotkało się to z reprymendą innych w Europie. Byłoby skandalem, gdyby milczeli.
Nie chciałam bronić skandalicznej węgierskiej ustawy medialnej. Pytam tylko, czy fakt, że poprzednicy z naszego regionu słabo sobie radzili z prezydencją, sprawi, że komentatorzy będą od początku sceptyczni także wobec Polski.
- Czy pani nie zdaje sobie sprawy, jaki jest dziś obraz pani kraju za granicą, jakiej wagi on nabrał, jakiej siły ekonomicznej, jakie ma wpływy i powszechne poważanie? Dziś postrzegani jesteście jako kraj wschodzący, który coraz bardziej się liczy i któremu w imponującym tempie udało się pokonać swoje historyczne traumy, co jest ważne dla Polski, lecz także dla całej Unii. Takie pytanie nie ma więc racji bytu.
Cieszę się jednak, że je zadałam, bo zawsze miło usłyszeć tyle komplementów pod adresem własnego kraju.
- Wy, Polacy, macie jedną psychologiczną słabość wspólną z Francuzami. Stale popadacie w skrajności, od megalomanii po totalne niedocenianie siebie.
Francuzi raz wierzą, że są centrum świata, a kiedy indziej - że wcale już się nie liczą i zmierzają ku upadkowi. Polacy podobnie, raz są we własnym mniemaniu sercem Europy i zbawcami świata, a za chwilę uważają, że do niczego się nie nadają. Jesteście w tym względzie zbyt francuscy, nie idźcie tą drogą!
Wróćmy do prezydencji. Czym powinna zająć się Polska podczas swego półrocza na czele Unii?
- Sukces polskiej prezydencji będzie zależał od tego, czy to półrocze będzie udane dla całej Unii. Unia stoi dziś przed ogromnymi problemami. Ma duże atuty, ale też duże słabości.
Sukces prezydencji mierzy się tym, jakie etapy w jej trakcie uda się pokonać całej Unii. Nie powinniście więc myśleć o tym, jak pokazać, że jesteście już dojrzałym, dorosłym członkiem UE, lecz o tym, co trzeba z Unią zrobić.
A co trzeba zrobić?
- Widzę cztery olbrzymie zadania. Po pierwsze, Unia musi odzyskać serca obywateli, pokazać im, że jest pozytywnym, a nie negatywnym, czy nawet neutralnym czynnikiem w ich życiu. Musimy przypomnieć, że jedność jest historyczną koniecznością dla każdego z krajów członkowskich.
Po drugie, trzeba harmonizować polityki gospodarcze, podatkowe i socjalne. Nie da się mieć jednej waluty i 27 różnych polityk gospodarczych. Nawet pięciolatek by to zrozumiał, ale obywatele i wiele państw nadal nie chcą pogodzić się z tą logiczną konsekwencją euro.
Po trzecie, Unia musi wzmocnić pozycję na scenie międzynarodowej. Nie przeciw Rosji, Chinom, światu arabskiemu czy komukolwiek innemu, lecz jako aktor międzynarodowy, który jest za równowagą sił na świecie i postępami demokracji. W tym kontekście musimy m.in. stosownie reagować na aspiracje demokratyczne krajów arabskich.
Wreszcie po czwarte, Unia musi też rozwijać i stabilizować swoje stosunki z Rosją, i Polska ma tu kluczową rolę do odegrania. Musimy zacząć gospodarczo i politycznie organizować kontynent europejski wokół dwóch filarów - europejskiego i rosyjskiego.
To bardzo długa i ambitna lista życzeń. Co konkretnie może Polska w tych kwestiach próbować zrobić za swojej prezydencji?
- Polska i jej rząd uchodzą za liberalne, i w dużym stopniu takie są. Muszą jednak zrozumieć konieczność harmonizacji polityk gospodarczych i fiskalnych.
Jeśli chcemy mieć solidarność w Unii, to nie możemy mieć krajów jak Irlandia czy republiki bałtyckie, które praktycznie nie mają podatków dla firm. To taki sam dumping jak ten ze strony Chin, przed którym się bronimy. Gdyby podczas prezydencji Polacy i inni w Europie to zrozumieli, byłoby to duże osiągnięcie.
Źródło: Gazeta Wyborcza